V.TV Originals

O teatrze w VR, przekleństwach na ulicy i wkurzonych kobietach – Andrzej Saramonowicz dla Vigilant Magazine

-

7 min czytania

Czy gry opanują świat? Co się kryje za słowem “wypie*dalać”? Odpowiedzi na te i inne pytania w wywiadzie Adriany Marczewskiej z Andrzejem Saramonowiczem.

Adriana Marczewska: Czy gry opanują świat? Czy myślisz, że mogą one zastąpić książki i filmy?

Andrzej Saramonowicz: Moja córka, która studiuje historię sztuki, specjalizuje się w grach komputerowych. Nie dalej jak parę dni temu czytałem jej pracę licencjacką o nich. Poza tym sam lubię gry komputerowe. Uważam, że dla części publiczności czy odbiorców, zastąpią one taką przestrzeń jak literatura. Ona upada, bo ludzie mają mniej czasu na czytanie, a właściwie mniej cierpliwości do niego i wolą żeby ich wyobraźnia była stymulowana konkretnymi obrazami. Uważam, że gry są bardzo dobrym rozwinięciem świata. Ich rodzaje są bardzo różne, nie tylko rozrywkowe. Mamy gry, które uczą oraz takie, które są bardzo zbliżone do sztuki. Każdy rodzaj kontaktu z kreacją dla człowieka jest dobry, bo go jakoś rozwija. Jeżeli nie są to tylko i wyłącznie same strzelanki, czy jazda wyścigówkami, to obcowanie z tego typu sztuką – bo gry bywają sztuką – jest pożądany.

Adriana: Czy wyobrażasz sobie, że teatr, który też jest Ci bardzo bliski, przeniesie się do wirtualnej rzeczywistości? Widzisz siebie jako twórca w takim formacie?

Andrzej: Można sobie wyobrazić taki nowy format, ale na pewno nie będzie to w teatrze. Teatr z samej definicji nie może być inny, ponieważ jest formą bezpośredniego kontaktu aktora z odbiorcą, z widzem. Jeżeli tego bezpośredniego kontaktu nie ma, to to się nie nazywa teatr, to się nazywa film albo serial, ale na pewno nie jest to teatr. To jest rzecz niezbywalna. O ile przewiduję, że kina mogą nie przetrwać to mam nadzieję, że teatr przetrwa, chociaż Państwo w żaden sposób mu nie pomaga. Ministerstwo Kultury zajmuje się wszystkim innym, tylko nie realną pomocą dla artystów. Nie wyobrażam sobie natomiast tego, że ludzie mogliby przestać odczuwać frajdę z tego bezpośredniego kontaktu. To jest niczym niezastępowalne. Niemożliwe jest to, żeby ta forma znikła, bo to są zupełnie inne przeżycia, inny rodzaj więzi. Wywołuje to inny rodzaj emocji. Żadna forma, w której mamy aktora zcyfrowanego tego nie zastąpi.

Adriana: Jesteś ojcem dwóch młodych kobiet?

Andrzej: Tak.

Adriana: Czy rozumiesz język jakim posługują się młode kobiety, które są silnikiem właśnie odbywających się protestów? Czy rozumiesz to “wypie*dalać”, które jest na ulicach?

Andrzej: No wiesz, to „wypie*dalać”, to jest tylko jedna z części tego języka. Jeżeli miałbym się ograniczać tylko do niego, to bym powiedział, że ja nie jestem w tym wypadku tylko i wyłącznie ojcem dwóch młodych kobiet, ale ja jestem ojcem tego języka. W filmie “Lejdis”, którego jestem autorem, kobiety mówiły tak kilkanaście lat temu i wtedy dyskusja o tym, jak kobiety mogą używać wulgaryzmów była nieprawdopodobnie silna. Kobiety wykształcone i bystre, a nie z marginesu. Nie chcę tutaj sobie przydawać jakiegoś znaczenia, ale myślę, że te filmy, które robiłem, przyczyniły się do wyzwolenia języka. Wyzwolenia go z jakichś okowów tego, co wypada lub nie. Pytasz mnie, co ja myślę na temat tych wszystkich haseł, których używają protestujący, czyli bardzo szorstkiego i ostrego języka. Uważam, że w sposób bezpośredni, a nie aluzyjny, przedstawiają oni różne postulaty. Bo w tym wypadku wypie*dalać, znaczy wypie*dalać i je*ać, znaczy je*ać . To są metafory, ale znaczą “do widzenia się z państwem w sposób raptowny, gwałtowny i nieodwołalny” i nic więcej.  Dla mnie to jest bardzo ważna zmiana, bo ona pokazuje, że to nie chodzi tylko o wulgaryzmy. Chodzi o to, że świadomość osiąga się przez wyzwolenie z różnych okowów. Język bardzo silnie wpływa na nasz sposób myślenia o świecie. Jeżeli jesteśmy zablokowani w sferze języka, to jesteśmy też zablokowani w różnych innych rzeczach. Tutaj się to uwolniło. Nie mam z tym najmniejszego problemu. Większość tych ludzi, którzy używają tego języka na demonstracjach (na których byłem i się im przyglądałem) to są raczej inteligentne, młode osoby, które znają też inne słowa, bardzo skomplikowane i wcale nie wulgarne. Nie ma żadnego problemu, gdy ktoś kto jest dobrze wykształcony, używa języka nazywanego do tej pory wulgarnym, tylko po to by żeby wzmocnić jego ekspresję. Problemem jest to, jak ktoś, kto jest niewykształcony używa tylko i wyłącznie takich słów w opisie świata, bo innych nie zna. Dla mnie też było jakimś kabotynizmem, to że media i to nie tylko te rządowe, strasznie się na tym skupiły. Jakby wyszły spod jakiejś sukienki babuni. Nagle wszyscy dziennikarze bardzo się tym ekscytowali i wałkowali te hasła z półtora tygodnia. Nie można dyskutować o słowie, które jest kluczowe, jak się je wypikuje.

Adriana: Czy masz wrażenie, że twoje pokolenie, było pokoleniem które mówiło kobietom co wypada a czego nie wypada i to jest składową tego w jakim miejscu jesteśmy teraz? Jeżeli wychodzimy na ulicę my, kobiety i mówimy “basta” to jaką widzisz w tym rolę mężczyzn przez ostatnie 20 lat i teraz?

Andrzej: Moje osobiste doświadczenia są takie, że ja nie mam poczucia żebym był częścią pokolenia szczególnie patriarchalnego, które coś odbierało kobietom. Oczywiście ja, poprzez uwarunkowania kulturowe byłem wychowany w jakimś paradygmacie romantycznym, który kazał mi myśleć o mężczyznach jako tych opiekunach, którzy się poświęcają dla ojczyzny, rodziny, kobiet – często z narażeniem życia. To jest nasz etos mężczyzn. W mojej drodze życiowej nie było czegoś takiego, żebym jakoś szczególnie widział ten świat z silną dominacją mężczyzn. Nie było tego na moich studiach. Po nich poszedłem do Gazety Wyborczej, której nominalnie naczelnym jest do dzisiaj Adam Michnik. Wszyscy jednak dobrze wiedzieli, że dopóki pracowała tam Helena Łuczywo, to ona rządziła gazetą i nic się nie mogło dziać poza nią. Potem, w różnych innych miejscach, też nie miałem poczucia, że to jest taki świat obsesyjnie patriarchalnych mężczyzn. Pewnie w ujęciu dzisiejszych kobiet lat dwadzieściaparę, to różne moje poglądy są poglądami niedopuszczalnymi, ultra prawicowymi, konserwatywnymi i zahaczającymi o faszyzm. Czasami nawet widzę takie rozczarowanie w oczach moich córek, kiedy o czymś zaczynają rozmawiać. One na mnie patrzą jak na jakiegoś troglodytę kompletnego. To z czym mamy do czynienia ostatnio w Polsce to walka dwóch modeli cywilizacyjnych. Jednego postępowego i obywatelskiego, który uwzględnia prawa jednostek, a drugiego wulgarnego, populistycznego konserwatyzmu. W tym świecie widzę, ku mojemu zdziwieniu, nie tylko stetryczałych starców, ale też wiele kobiet, które starają się być strażniczkami tego starego świata. To z jednej strony jest utopia – czyli myśl o tym, że można zbudować przyszłość, która pozbawiona będzie wszystkich możliwych obciążeń, grzechów i słabości. Utopia jest zawsze wysunięta w przyszłość. Ale to, z czym mamy do czynienia w Polsce to retrotopia – czyli utopia zwektorowana w przeszłość. Ponieważ się boimy, kojarzymy przyszłość z czymś niepewnym, cały czas nas straszą, że świat zginie, demoralizacją, zanieczyszczeniem. Obsesyjnie trzymamy się przeszłości. „Za dziada, baby to było dobrze”. Zapuśćmy wąsy, chodźmy w kontuszach i żyjmy jak nasi przodkowie, bo kiedyś było dobrze. Nie było. Był to okropny świat, bardzo krzywdzący. Marzy mi się taki świat, w którym Ci, którzy mają myślenie obywatelskie, niezależnie od tego jakiej są płci, orientacji lub wieku, na tyle się dogadają, że będą mogli mieć możliwość wpływania na losy tego kraju. Żeby się dogadać trzeba znaleźć wspólną platformę, a nie szukać odrębności. Zachęcam wszystkich, którym obywatelskie myślenie jest bliskie, żeby starali się wybudować wspólną płaszczyznę, bo liczy się sprawczość.

Zobacz cały wywiad:

 

 

Mogą Ci się spodobać

Więcej w kategorii V.TV Originals