ActinaGamingOd redakcjiRecenzja

Stal, krew, grind i mnóstwo zabawy – Chivalry 2 [RECENZJA]

-

12 min czytania

Chivalry 2, gdyby nie grind, byłoby jedną z najlepszych i najprzyjemniejszych gier roku. A tak wymaga jeszcze trochę zbalansowania. 

(Tytuł ogrywaliśmy na Playstation 4 i PC dostarczonym przez firmę Actina. Egzemplarz gry otrzymaliśmy do recenzji w dniu premiery od firmy Koch Media)

Już dawno żadna gra, nie związana bezpośrednio z gatunkiem komedii, nie dała mi tyle zabawy i nie powodowała u mnie salw głośnego śmiechu, nieważne czy ginąłem ja czy przeciwnik. Chivalry 2 przeniosła mnie w czasie nie tylko do najlepszych sesji w Battlefield-a ale i dalej, do momentu kiedy w Quake-ach z zapałem graliśmy na mapach tylko dla rakietnic czy railgunów. Nie chodzi tu bezpośrednio o rozgrywkę, a niepohamowaną radość, jaką czerpię się z grania i wszechobecnego chaosu.

Chivalry 2 ma takich momentów na pęczki, przez co wciąga niemiłosiernie. W ten tytuł naprawdę można grać i grać, zwłaszcza jak lubi się produkcje drużynowe dla bardzo wielu graczy i epokę średniowiecza. Niestety jest jeszcze jeden powód, dla którego można w niego włożyć wiele godzin i nie jest on wcale pozytywny. Zacznijmy jednak od początku.

Stal, krew, grind i mnóstwo zabawy - Chivalry 2 [RECENZJA]

Informacji o świecie jest tu wystarczająco, żeby wybrać frakcję nie tylko ze względów kosmetycznych.

Agartha kontra Masoni

Chivalry 2 kontynuuje ”historię” z pierwszej odsłony – rebelia Masonów się udała i królestwo Agarthy ma nowego króla. To jednak nie koniec wojny – syn poprzedniego władcy, wraz z lojalistami, nie spocznie póki nie zemści się za śmierć ojca i  nie odbierze tego, co prawowicie mu się należy.

Przyznajmy to od razu, fabuła jest tu głównie pretekstem do bitew rozgrywanych pomiędzy graczami i jest dość szczątkowa. W tego typu grach najważniejsza jest rozgrywka, ale miło jest jak deweloperzy dokładają dodatkowych starań aby nam po prostu zależało. I tak też jest tutaj – każda frakcja ma swoją historię i opis, które znajdziemy w odpowiedniej zakładce w menu. Jest tu wystarczająco informacji, aby osoby, którym zależy na czymś więcej niż tylko wyborze kosmetycznym, mogły wybrać stronę i się jej trzymać.

Stal, krew, grind i mnóstwo zabawy - Chivalry 2 [RECENZJA]

Wszystko zaczyna się od szarży wprost na przeciwnika.

Rąbanka na całego

Wszyscy gramy w takie gry dla rozgrywki i tutaj ta błyszczy. Pod warunkiem, że nie przeszkadza wam jak rzuci się na was banda 6 sześciu przeciwników albo potraficie przymknąć oko na fakt, że rycerz w pełnej zbroi dotrzymuje tempa skąpiej odzianemu łucznikowi. Takie sytuacje są bardzo komiczne jak się na nie patrzy, ja jednak, jako fan względnego realizmu w tego typu grach, musiałem się chwilkę do tego przyzwyczaić.

Nie zmienia to jednak faktu, że rozgrywka w Chivalry 2 mnie oczarowała i nawet po wielu godzinach mam ochotę do niej ciągle wracać.  Założenia są bardzo proste – naprzeciw siebie stają dwie armie z różnymi klasami wojowników i ścierają się ze sobą na otwartym polu bitwy albo podczas oblężeń zamków na łącznie ośmiu mapach w momencie premiery. Ilość graczy zależy od wyboru trybu – grać można w ilości 64 graczy, 40 i każdy na każdego. Jeśli mamy założona drużynę to dodatkowo możemy zorganizować pojedynki jeden na jeden.

Do wyboru są cztery klasy – łucznika, berserkera, piechura i rycerza – które dodatkowo są podzielone na trzy pod-klasy. Każda z nich różni się od siebie dostępnym uzbrojeniem głównym i pobocznym, gadżetami pod postacią flakonów z olejem, apteczek czy sztandarów i opancerzeniem. W ramach danej klasy mamy również inne umiejętności specjalne.

Broni do wyboru jest bardzo dużo – topory dwu i jednoręczne, podobnie miecze, młoty, włócznie, halabardy, maczugi i wiele innych. Każda z nich różni się zasięgiem, szybkością i obrażeniami i ciosami specjalnymi. Są bronie lepsze i gorsze (fani meta broni znajdą tu coś dla siebie), ale każda z nich jest wystarczająca aby być przydatnym na polu bitwy. Ze zbrojami sprawa wygląda już trochę inaczej. Różnica pomiędzy opancerzeniem klas jest widoczna, jednak w ramach każdej zmiana pancerza wiąże się jedynie z elementem wizualnym.

Całość spina system walki, który jest uroczy w swojej prostocie, ale na tyle skomplikowany, że wymaga trochę nauki by być jednym z najlepszych na polu bitwy. Zaatakować wroga możemy na trzy podstawowe sposoby – cięciem poziomym, pionowym i pchnięciem. Każdy z ciosów możemy łączyć w kombinacje czy zmienić w cios silniejszy ale wolniejszy. Tylko tyle, w połączeniu z blokiem, jest już wystarczające aby grać poprawnie i skutecznie, ale na tym nasze możliwości się nie kończą. W ataku jeśli użyjemy innego ciosu tuż wykonaniu pierwszego to otrzymamy fintę (zmyłkę) i możemy przeciwnika też popchnąć ciałem lub kopnąć, co bardzo przydaje się przy krawędziach lub do przełamania bloku. W obronie możemy kontrować po udanym ataku, zarówno pod postacią nieblokowalnej riposty, jak i zwykłego uderzenia, które dodatkowo blokuje wszystkie ciosy w zasięgu naszego zamachu.

No właśnie, zamachu, trzeba tu też zaznaczyć różnicę pomiędzy sterowaniem naszą postacią i kamerą, o czym wspominają zresztą sami twórcy w podpowiedziach na ekranie ładowania. Sprawa wygląda tak – w trakcie zadawania ciosów WSAD albo lewy analog odpowiadają za wasze nogi, a myszka lub prawy analog za wasze biodra. Weźmy na przykład zwykły, poziomy cios z prawej do lewej. Jeśli, w momencie jak broń naszego awatara zaczyna wychodzić z zamachu, zaczniemy obracać kamerą w lewo, to nasz cios dojdzie do przeciwnika znacznie szybciej i możemy uderzyć ich kilku na raz. To samo tyczy się także bloku, którym, przy przytrzymaniu właściwego mu przycisku, jesteśmy w stanie zablokować kilka uderzeń z różnych stron w krótkim odstępie czasu.

Wiem, że może to brzmieć troszkę skomplikowanie, ale takie nie jest. Szkolenie dostępne w grze jest bardzo wyczerpujące i wszystko pokazuje wam na filmach instruktażowych, po czym sami możecie wszystkiego spróbować w kilku powtórzeniach. Reszta, jak odpowiedni rytm, prędkość i zasięg broni i inne to już tylko praktyka.

Stal, krew, grind i mnóstwo zabawy - Chivalry 2 [RECENZJA]

Rycerz niebieskich w tym momencie wiedział, że ma przechlapane.

Krew, śmiech i latające ciała

Żaden tutorial nie jest w stanie was przygotować na absolutny chaos pierwszej bitwy z żywymi graczami. Jeśli traficie na sam początek to gra uraczy was przemówieniem waszego dowódcy po czym z bojowym okrzykiem na ustach ruszycie wszyscy na przeciwnika. Najlepszy efekt robi to podczas starć na otwartym polu bitwy lub podczas zasadzki – z głośnym szczękiem oręża wpadacie na siebie z impetem i zazwyczaj tniecie gdzie popadnie (uwaga, jest friendly fire!), w momencie śmierci zdajecie sobie sprawę, że serce bije wam jak oszalałe i siedzicie spięci w dziwnie wyprostowanej pozycji.

To cała magia tej gry – podobnie, jak w serii Battlefield, można poczuć się tu jak na średniowiecznym polu bitwy, zarówno broniąc zamku i zrzucając na atakujących kamienne głazy, jak i stojąc po drugiej stronie na szczycie wieży oblężniczej. Nawet totalnie chaotyczna rozróba z ciosami na lewo i prawo, czy to w postaci starcia kilku na kilku czy końcowych etapów oblężeń, gdzie w jednym pomieszczeniu spotykają się wszyscy gracze, jest tak samo absorbująca jak pojedynek jeden na jeden z równym sobie umiejętnościami.

Jest tak za sprawą bardzo dobrej prezentacji, jaką zaserwowali nam deweloperzy z Torn Banner Studios. Zarówno w poruszaniu, jak i w animacjach ataku czy obrony, czuć wagę poszczególnych klas postaci (pomimo tego, że poruszają się z taką samą prędkością). Widać jak ciosy nasze i przeciwników trafiają w ciało, dość często w bardzo krwawy sposób – odcięte głowy czy ręce widzimy tu praktycznie co chwilę – co nadaje wszystkim walkom bardzo dużej fizyczności. Dzięki temu naprawdę cieszymy się z udanego ciosu i aż chce się bardziej inwestować w naukę systemu walki by częściej do takich sytuacji dochodziło.

Reszta oprawy audiowizualnej jest pół na pół. Z jednej strony mamy przepiękne i pełne detali mapy (zwłaszcza zamki), świetne efekty i udźwiękowienie zderzającego się oręża i zbroi. Z drugiej mamy błędy w animacjach podczas wspinania się pod górę lub podczas chodzenia w grupie czy wkurzające po pewnym czasie okrzyki bojowe. Są one tu o 2-3 sekundu za długie i  po pewnym czasie ma się ich absolutnie dość. Jeśli wszyscy aktorzy głosowi krzyczeli do mikrofonów tak długo na jednym wdechu, to naprawdę chciałbym im pogratulować umiejętności. Niestety uważam, że w grze powinny być one o te kilka sekund skrócone. Większość graczy, których pytałem podczas grania, się ze mną zgadza.

Kolejna sprawa to wygląda naszych awatarów, zarówno w wersji męskiej, jak i damskiej. Naprawdę będziecie chcieli chodzić tylko w hełmie i nie widzieć kogokolwiek bez z bliska. Absolutnie każda twarz jest tu okropna i bardzo odstaje od reszty tego, co widzimy na ekranie. Niektóre wręcz wyglądają jak z początku XXI wieku.

Wspomniane błędy czy świdrujące uszy ”darcie średniowiecznej mordy” w żadnym wypadku nie przeszkadzają w grze. Poza największym wykroczeniem Chivalry 2, o którym wspomnę za chwilę, naprawdę musiałem szukać w tej grze czegoś, do czego mógłbym się przyczepić i te trzy rzeczy najbardziej mi się rzuciły w oczy.

Kubek dziegciu w beczce miodu

Wychwalam grę co nie miara, to prawda, ale jest jednak jej pewien aspekt, przez który nie jestem w stanie jej polecić każdemu, przynajmniej na razie. Mowa oczywiście o zmorze tego typu gier czyli czasie potrzebnym na odblokowanie wszystkich broni i pancerzy i zarobienie pieniędzy na ich kupno.

Cały sprzęt na szczęście odblokowujemy do kupna tylko grając, ale żeby go kupić to możemy do tego wykorzystać zdobyte w grze pieniądze lub zapłacić naszą kartą kredytową za pomocą specjalnej waluty. Z tego powodu ceny wysokopoziomowego sprzętu są tak zawyżone, że nawet oszczędzając będziecie w stanie zakupić jedynie jeden pancerz albo jedną broń na raz. Potem czeka was kolejne kilka godzin grania aby odrobić pieniądze, zwłaszcza na wyższych poziomach waszego konta i klas.

Ja rozumiem, że deweloperzy zapowiedzieli, że wszystkie dodatki będą w przyszłości darmowe i tytuł musi się jakoś utrzymać, zwłaszcza że doszło do czegoś niespotykanego ostatnio w świecie gier sieciowych i gra ma dedykowane serwery, ale naprawdę dało się to zrobić inaczej. Przy takim balansie gracz mający zbyt mało czasu lub lubiący wszystko mieć odblokowane na cito bardzo szybko od niej odejdzie. Niektórzy mogą to tłumaczyć faktem, że taka powolna progresja ma szansę zatrzymać graczy na dłużej. Poniekąd tak, ale tylko w grach, w których szwankuje rozgrywka. W Chivalry 2 broni się ona sama i to ona będzie cały czas przyciągać graczy, zwłaszcza że zapowiedziane jest sporo darmowych map i kilka nowych trybów. System progresji nie musi być więc tak rozciągnięty, a cały sprzęt mógłby być możliwy do zakupu jedynie za pomocą waluty w grze. Za prawdziwe pieniądze powinny być dostępne jedynie skórki premium, które na pewno każdy fan gry by zakupił. Na szczęście takie rzeczy są do zbalansowania, a deweloperzy już zapowiedzieli pewne zmiany w temacie progresji.

Wymagania poziomu duże i koszt ogromny.

Ogień, stal, beczki czy nawet chleb i odcięta ręka – jeśli coś nie jest przybite, to możesz tym komuś zrobić krzywdę.

Mnóstwo śmiechu i zabawy

Chivalry 2, na przestrzeni tych ponad dwudziestu godzin spędzonym z tytułem, dało mi naprawdę wiele zabawy. Rozgrywka w tej grze jest tak dobra i każdą bronią się walczy z taką przyjemnością, że całkowicie zapominałem w trakcie grania o bożym świecie i grindzie, który jest wymagany do odblokowania czegokolwiek. Absolutnie żadna śmierć, czy to z ręki doświadczonego wroga, celnego łucznika czy bandy ośmiu przeciwników bez honoru, mnie tu nie frustrowała. Wręcz przeciwnie – z każdym odrodzeniem z większą ochotą rzucałem się do walki z ogromnym uśmiechem na ustach. Pomimo krwawego tematu jest tu miejsce na mnóstwo niezamierzonego humoru, czy to pod postacią przesadzonego systemu fizyki czy widoku przeciwnika biegającego bez rąk jak pewien rycerz pilnujący leśnego strumyka po spotkaniu z królem Arturem. To zdecydowanie najlepszy tytuł w swojej klasie i jeśli nawet w najmniejszym stopniu interesuje was średniowiecze lub szukacie czegoś innego niż strzelanie do siebie z broni palnej, to naprawdę warto sięgnąć po najnowszą produkcję Torn Banner Studios. Tyle radochy z machania mieczem nie miałem od czasu Dark Messiah of Might and Magic.

czytaj też: Cyberpunk 2077 powrócił na PSN. Cena? Niska. Ale Sony ostrzega przed zakupem

Szymon Czaja
Gracz od czasów Amigi 500 i Desert Strike. Pasjonat Gwiezdnych Wojen i wszystkiego co science fiction - od kampowego pulpu w stylu ''Morderczych pomidorów z Marsa'' do hard science fiction. Nie pogardzi też dobrym i mrocznym fantasy. Warhammer 40000 to, według niego, najlepszy world building w historii gier. Nie lubi używać liczb ani gwiazdek do oceniania rzeczy. Wyznawca mantry ''for gamers by gamers'', nie napisze recenzji, póki nie skończy gry i powie wprost, jak mu się coś nie podoba. Dalej czeka na ekranizację Thorgala i Szninkla i porządną wersję legend arturiańskich, żeby chociaż na chwilę mógł zapomnieć o Excaliburze, którego widział setki razy.

    Mogą Ci się spodobać

    Więcej w kategorii Actina