GamingOd redakcjiRecenzja

Rewolucja, samoróbki i jamnik Chorizo – recenzja Far Cry 6 [PC]

-

20 min czytania

Far Cry 6 to typowa gra Ubisoftu – jest duża, pełna zawartości i wtórna. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to najlepszy i najbardziej oryginalny Far Cry od lat. 

(Tytuł zawiera lekkie spoilery z samego prologu gry, który zresztą ujawnił wcześniej sam Ubisoft. Far Cry 6 ogrywaliśmy na laptopie z AMD Ryzen 9 5900HX, 32GB RAM oraz GeForce RTX 3070)

Moja relacja z serią Far Cry jest kompletnie inna, niż z drugim największym tasiemcem Ubisoftu. Assassin’s Creed kocham miłością bezgraniczną od prototypu, jakim była pierwsza odsłona, i nawet nudne piekło, jakim były Assassin’s Creed: Syndicate i środkowy segment Assassin’s Creed: Odyssey, nie przeszkodziło mi w ukończeniu każdej głównej części.

Far Cry natomiast znudził mnie już przy Far Cry Primal, który wtedy był kalką części trzeciej i czwartej i nawet nietypowy setting, przedstawiający nam naszych przodków, mamuty i tygrysy szablozębne, nie pomógł w czerpaniu pełnej przyjemności z tytułu, który tym właśnie wyróżniał się na tle całej branży. Ostatnia odsłona w jaką grałem, czyli Far Cry 5 z 2018 roku, kompletnie mnie nie porwała – doceniam scenariusz, a zwłaszcza świetnie napisanego Ojca, w którego wciela Greg Bryk (stworzony wręcz do takich ról) i zmiany w rozgrywce. Bardziej chodzi tu o miejsce akcji – teren Montany jest praktycznie cały czas taki sam, biegamy wśród tych samych drzew, mijamy takie same jeziorka, pagórki i góry. Znudzić się to może bardzo szybko, zwłaszcza, że spora ilość misji, nawet tych głównych, polega na tym samym.

Dlatego też do Far Cry 6 podchodziłem z ogromnym dystansem. Jak się okazało, moje obawy były całkowicie niepotrzebne – pomimo faktu, że Far Cry 6 to dalej typowy Far Cry, w którym robimy to samo z niewielkimi dodatkami, to jednak ma w sobie tyle charakteru, że całkowicie można zapomnieć o fakcie, że w dalszym ciągu zbieramy skrzynki, odbijamy punkty kontrolne czy bazy wroga. W mojej opinii Far Cry 6 to najlepsza gra z serii od czasu Far Cry 3 (Far Cry: Blood Dragon tu pomijamy, to klasa sama w sobie), poniżej dowiecie się dlaczego.

Rewolucja, samoróbki i jamnik Chorizo - recenzja Far Cry 6 [PC]

Seria Far Cry w końcu ma bohatera z krwi i kości – Dani Roja, nieważne jakiej płci, jest bardzo ważną częścią Far Cry 6, a nie tylko niemym chłopcem na posyłki.

FABUŁA

Far Cry 6 nie ma zamiaru zanudzać nas przydługim wstępem i tutorialami, tylko od razu rzuca nas na głęboką wodę w centrum Esperanzy, stolicy Yary, tropikalnej wyspy inspirowanej Kubą. Żelazną pięścią rządzi nią el presidente Anton Castillo. Wykorzystuje on mieszkańców wyspy do niewolniczej pracy nad Viviero, w stu procentach skutecznym lekiem na raka. Powstaje on z połączenia specjalnego, genetycznie modyfikowanego szczepu tytoniu i szeregu trucizn, które codziennie, w trakcie procesu produkcyjnego, potrafią powodować śmiertelne choroby czy nawet śmierć na miejscu u pracowników plantacji czy fabryk. Dla mieszkańców jest to sprawa znana – znikający krewni w środku nocy, doły z trupami w gęstej dżungli czy ciężarówki z workami jeżdżące po ulicach to dla Yarańczyków codzienność.

Na scenę wkracza Dani Rojas, sierota i były członek narodowej armii Castillo – gra pozwala na wybór płci naszego awatara, wybrałem faceta i tak też będę się w tekście do Dani odnosił – który planuje, wraz z dwójką przyjaciół, uciec z wyspy do Ameryki w poszukiwaniu lepszego życia. Na statku, który ma nas zabrać do Miami, dochodzi do pewnych wydarzeń, podczas których poznajemy Antona Castillo i jego syna Diego. Ich relacje są drugim bardzo ważnym, poza opowieścią o Dani, elementem składowym całej fabuły. Efektem spotkania jest przebudzenie naszego bohatera na plaży pośród szczątków statku i ciał pozostałych członków załogi. Nie minie chwila, jak nasz bohater spotka grupę partyzantów o nazwie Libertad i dołączy do rebelii przeciwko Castillo.

Trzeba przyznać, że jeśli widzieliście kiedykolwiek film o powstaniach czy rebeliantach, nieważne czy z akcją umiejscowioną współcześnie czy w średniowieczu, to doskonale wiecie czego się po Far Cry 6 spodziewać – partyzanci są dobrzy, dyktator jest bez sumienia a jego syn ma wątpliwości i tak dalej. Podczas gdy główne szczeble całej fabuły są strasznie sztampowe, to jednak podane są one przez pryzmat serii Far Cry, co oznacza zwariowane i samoświadome podejście do tematu. Jest tu jednak pewien dualizm w tonie całej opowieści, który jeszcze nigdy w historii cyklu nie był aż tak prominentny. I nie każdemu przypadnie on do gustu.

Aby zrozumieć ten aspekt Far Cry 6 musicie poznać głównego antagonistę, Antona Castillo, w którego wciela się Giancarlo Esposito (Gus z Breaking Bad i Moff Gideon z The Mandalorian). Trzeba przyznać to od razu – jak tylko pojawia się on na ekranie, to atmosfera od razu gęstnieje, a sama gra całkowicie zmienia klimat i nie można od ekranu oderwać oczu. Nie jest to co prawda najbardziej oryginalna rola w jego dorobku, ale po raz kolejny udowadnia on, że jest jednym z najlepszych aktorów do grania bezlitosnych i zimnie kalkulujących czarnych charakterów, którzy samym spojrzeniem i spokojnym sposobem mówienia z beznamiętną twarzą potrafią zmrozić krew w żyłach. Jest też bardzo inny od pozostałych antagonistów w serii – po raz pierwszy w historii cyklu twórcy nie próbują na siłę kopiować Vaasa, naszego przeciwnika w Far Cry 3, który jest jedną z najbardziej kultowych postaci w historii gier. Wspomniany Ojciec z Far Cry 5 jest co prawda inny, ale dalej jest to szaleniec w stylu Kurtza, postaci znanej z książki Jądro Ciemności Josepha Conrada i jej filmowej adaptacji, Czasu Apokalipsy Francisa Forda Coppoli. Tym razem twórcy postanowili przedstawić nam zdrowego na umyśle człowieka, który jest po prostu zimnie kalkulującym dyktatorem bez sumienia, dla którego najważniejsza jest świetlana przyszłość kraju i jego rodziny. Nie cofnie się on przed niczym, aby im ją zapewnić, nawet jeśli ma to oznaczać ludobójstwo i niewolnictwo.

Rewolucja, samoróbki i jamnik Chorizo - recenzja Far Cry 6 [PC]

Dani Rojas to najlepszy i najbardziej rozbudowany protagonista w historii serii. W końcu Far Cry ma bohatera z krwi i kości.

I to jest właśnie ten dualizm, o którym pisałem wcześniej – główna porcja gry to zwariowane akcje partyzanckie, pełne wybuchów, żartobliwych tekstów i absurdalnych broni, jak wyrzutnia płyt CD, która podczas celowania gra Makarenę. Druga strona medalu to fakt, że, po zakończeniu ważniejszych misji głównych, Far Cry 6 raczy nas przerywnikami filmowymi z Antonem Castillo, które mogłyby mieć miejsce w najbardziej poważnych filmach o tej tematyce. Nie będę wam spoilerował poszczególnych scen, ale powiem wam tylko tyle, że bardzo odstają one tonalnie od reszty produkcji. Taka forma prezentacji historii nie każdemu może jednak przypaść do gustu. Ja sam nie mogłem się do tego na samym początku przyzwyczaić, ale w pewnym momencie coś kliknęło i zacząłem czerpać ogromną przyjemność z takiego stanu rzeczy.

Ogromna w tym zasługa nie tylko Giancarlo Esposito, ale i całej reszty obsady i tego, w jaki sposób napisane są postaci, z naszym awatarem włącznie. Po raz pierwszy w historii serii główny protagonista jest aktywnym członkiem historii, a nie tylko zwykłym chłopcem na posyłki. Pojawia się w przerywnikach, uczestniczy w rozmowach czy opowiada na zaczepki postaci niezależnych spotykanych na szlaku. Komentuje również wszystko, co dzieje się dookoła, czy to podczas akcji czy eksploracji, nawet łamiąc przy tym czwartą ścianę. Nie jest to przesadzone ilościowo i jest bardzo przyjemnym dodatkiem.

Pozostałe, ważne dla fabuły postaci to prawdziwa plejada mniej lub bardziej zwariowanych charakterów, do których przyzwyczaiła nas seria. Mogę one się na początku wydawać bardzo proste, ale z czasem odkrywają one swoje drugie dno. Nie jest ono głębokie, ale nie jest to też poziom prawie jednakowych rednecków z Far Cry 5 czy ludzi pierwotnych z Far Cry: Primal, gdzie tylko antagonista wyróżniał się na tle innych. Każdy ma swoje cechy, charakter, sposób mówienia, niektóre mniej lub bardziej poważnie podchodzą do rewolucji, część z nich przechodzi zmiany – nawet jeśli nie są to postaci szekspirowskie, to jednak jest to najbardziej bogata biblioteka bohaterów pobocznych w historii serii.

Rewolucja, samoróbki i jamnik Chorizo - recenzja Far Cry 6 [PC]

Kocham zapach napalmu o poranku.

ROZGRYWKA

Jeśli znacie serię Far Cry to, poza kilkoma nowościami, wiecie doskonale, czego się spodziewać. Far Cry 6 nie jest rewolucją na miarę egipskiej odsłony sagi o Zakonie Asasynów, a ewolucją i dopieszczeniem wszystkich jej elementów. Jest to też zdecydowanie największa odsłona ze wszystkich. Nie chodzi tu wcale o rozmiar mapy, a ilość zadań głównych, które mamy do wykonania. Nie jest to gra rozmiarów Assassin’s Creed: Odyssey czy Assassin’s Creed: Valhalla, ale jest i tak prawie dwa razy dłuższa pod tym względem od wcześniejszych części cyklu. Kompletnie na coś takiego nie byłem przygotowany i z przyzwyczajenia odłożyłem sobie główne misje na później i wyruszyłem na poszukiwanie dodatkowego sprzętu z umiejętnościami pasywnymi (o tym za chwilę). Kiedy wróciłem do wątku głównego, to już przy nim pozostałem i resztę aktywności i misji pobocznych zostawiłem na później.

To naprawdę gra na wiele godzin, zwłaszcza jak misje fabularne przeplatamy wszystkimi innymi rzeczami, które mamy na mapie do zrobienia. Oprócz standardowych dla serii baz wojskowych i posterunków kontrolnych do odbicia oraz skrzynek ze sprzętem i zasobami do zebrania, do naszej dyspozycji zostały oddane wyścigi w różnych kategoriach (dość często z ciekawym twistem), gra w domino, polowania, wędkarstwo czy nawet walki kogutów, kiedy to gra zamienia się w prostą, ale zabawną bijatykę z ponad dwudziestoma kogutami do wyboru. Różnią się od siebie jedynie wyglądem i cała mechanika jest bardzo prosta (pomimo trzech poziomów trudności), a sterowanie może być momentami trochę toporne (na kontrolerze ten problem nie występuje), ale jest dość szybki i skuteczny sposób na zarobienie yarańskich pesos.

Najciekawsze z tych pobocznych aktywności są polowania na skarby, o których dowiadujemy się ze znajdowanych notatek albo z ust uratowanych przez nas mieszkańców Yary. To tutaj występuje największe zróżnicowanie, bo nie ma dwóch takich samych poszukiwań. Tak, zdarza się eksplorować różne jaskinie, ale innym razem będzie to połączone z nurkowaniem pośród trujących meduz, kiedy indziej wspinaczką z linami (z nawiązaniem do filmu Zejście, spróbujcie znaleźć) czy walką ze zwierzętami. Raz nawet zdarzyło mi się lecieć na wingsuicie za pelikanem, który miał mnie zaprowadzić do ukrytej skrzynki. Za każdym razem z ochotą zmierzałem do miejsca takiego zadania i skutecznie odwracały one moją uwagę od walki i misji pobocznych, które same w sobie są małymi historyjkami, dającymi wgląd w życie mieszkańców i historię wyspy.

Nagrodami z takich skarbów i skrzynek znajdowanych gdzie popadnie jest broń oraz ubrania. Te drugie są najważniejszym elementem nowego systemu progresji naszej postaci, który został stworzony na potrzeby gry. Nie znajdziemy w Far Cry 6 drzewka umiejętności, którego poszczególne segmenty odblokowujemy za zdobywane poziomy naszego bohatera. Wszystko zależne jest od tego, jakie ubrania mamy na sobie – niektóre mają standardowe bonusy, jak więcej obrony przed ogniem, trucizną czy kulami przeciwpiechotnymi. Większa część z nich jednak ma przypisane umiejętności, które wcześniej odblokowywaliśmy za skill pointy. Dla wielu osób może to być trochę ograniczające, że naraz nie mamy dostępu do całego wachlarza ruchów i ataków znanych z poprzednich części, ani że wszystkie ułatwienia, jak zbieranie przedmiotów poległych z większej odległości czy wolniejsze wykrycie, nie są aktywne cały czas. Mi to jednak kompletnie nie przeszkadzało – w każdej chwili możemy się przebrać, podobnie jak zmienić używaną broń (jedynie jej modyfikacje musimy wykonywać w określonych warsztatach). Przyznam też, że na przestrzeni serii nigdy nie korzystałem z całego wachlarza ruchów, tylko wybierałem swój określony styl gry, który był dla mnie najbardziej komfortowy. Każda opcja ekwipunku, którą dopiero musimy odblokować, ma też w swoim opisie nazwę bądź opis miejsca, gdzie możemy je znaleźć, co aktywnie zmusza gracza do eksploracji świata. Poza tym wspiera to też maksymę autora podręcznika dla partyzantów w grze, Juana – właściwe narzędzie do właściwej roboty. Chcesz wpaść do bazy przeciwnika jak Rambo? Albo może wolisz się skradać i być jak ninja? Wystarczy dobrać odpowiednią broń i perki (wygląd ciuchów możemy podmienić w dowolnym momencie) i gotowe.

Rewolucja, samoróbki i jamnik Chorizo - recenzja Far Cry 6 [PC]

Danie łazikowi spadochronu i silnika to jeden z najlepszych pomysłów twórców jeśli chodzi pojazdy. Opcja latania i lądowania dostępna jest w każdej chwili, wystarczy tylko odpowiednio się rozpędzić i nacisnąć guzik.

Narzędzi zniszczenia mamy naprawdę sporo, zarówno pod względem broni, jak i pojazdów, także tych które możemy personalizować pod względem uzbrojenia i pancerza. Co ciekawe, tylko mały procent broni jest sprzętem współczesnym. Z racji tego, że Yara od prawie 40 lat jest w izolacji przed światem zewnętrznym, to cały sprzęt, poza wojskowym, który dostępny jest dla rebeliantów, pochodzi nawet z okresu II Wojny Światowej. Mowa tu między innymi o rosyjskiej Pepeszy czy niemieckim MG-42. Samochody i samoloty również są reliktami ostatnich 40 lat – skrzypią w trakcie jazdy w wypadku samochodów czy tracą moc wypadku bardzo agresywnych manewrów w powietrzu. Nadaje to grze tak niezwykłego klimatu, że aż żal, że twórcy nie postanowili umieścić akcji gry podczas pierwszej rewolucji przeciwko ojcu Castillo i dopełnić inspirację Rewolucją Kubańską. Bez komputerów z danymi, nowoczesnych helikopterów, telefonów itp. Moim zdaniem tego właśnie ta marka potrzebuje – zmierzenia się z inną epoką. Poza FC: Primal i FC: Blood Dragon cały czas jesteśmy we współczesności, więc może warto by było odwiedzić czasy Corteza i Montezumy, średniowiecze czy nawet przyszłość. Gameplay i samo strzelanie w Far Cry 6 są już tak dopieszczone, że tylko w tym aspekcie może dojść do największej rewolucji.

Nowością wśród broni jest sprzęt domowej roboty oraz plecaki, które przygotowuje dla nas Juan. To tutaj znajdziemy najbardziej zwariowane zabawki – wspomnianą wyrzutnię płyt CD, minigun napędzany silnikiem od motoru, wyrzutnię gwoździ i wiele innych. Są one bardzo pomysłowe i, w porównaniu do zwykłych broni gdzie znajdziemy dość standardowe mody, można je bardzo ciekawie modyfikować za zbierany w bazach wroga proch i inne zasoby. Podobnie plecaki, gdzie znajdziemy minikatiuszę (z naprowadzaniem), miotacz trucizny, generator impulsu elektromagnetycznego czy apteczkę umożliwiającą automatyczne wskrzeszanie i leczenie. Każdy z nich ma swoje przeznaczenie i przyda nam się w kompletnie innych sytuacjach. Je również możemy zmieniać w każdej chwili, tak jak bronie i cały inny sprzęt.

Kolejnym elementem rozgrywki są nasi amigos, czyli towarzysze. Tym razem są to jedynie zwierzęta, co nie oznacza, że są bez charakteru. Na pierwszy ogień idzie oczywiście uroczy jamnik inwalida, Chorizo. Jego latające w powietrzu uszy i zerkanie na naszą postać w trakcie sprintu na pewno zdobędą wasze serca. Następny jest Guapo, czyli krokodyl w kurtce, którego lepiej nie zabierać ze sobą jak chcemy się skradać. Podobnie sprawa się ma z Chicarronem, bojowym kogutem punkiem, którego jedynym marzeniem jest sianie chaosu i mordowanie żołnierzy Castillo. Każdy z nich ma swoje własne perki i umiejętności, które odblokowujemy w miarę spędzania z nimi czasu i wykorzystywania ich w walce. Amigos jest jeszcze kilku, ale nie będę wam przecież zdradzał wszystkiego.

Wszystkie te elementy się bardzo dobrze ze sobą zazębiają i są bardzo tematyczne – idealnie wręcz pasują do zainspirowanej Kubą Yary. Sprawia to, że eksploracja świata jest przyjemna i ciekawa. Nie dość, że mapa jest piękna i zróżnicowana – znajdziemy tu bagna, wrzosowiska, gęste dżungle, lasy palmowe, wioski mniejsze lub większe oraz pierwsze w historii serii miasto – to jeszcze pełna jest równie interesujących rzeczy do znalezienia. No dobra, pomijam tu fakt, że prawie cały czas gdzieś otwieramy skrzynki, ale zawsze jest to coś przydatnego – proch, zasoby, nowe bronie, ciuchy, dekoracje do broni i pojazdów etc. Od czasu Far Cry 3 nie miałem tak ogromnej ochoty eksplorować każdy zakątek mapy. Winię za to powrót na tropikalną wyspę, czyli miejsce od którego zaczęła seria i w którym umiejscowiona była najlepsza część cyklu (Far Cry 3), oraz ogólny klimat opowieści i świata i tego jak wszystkie elementy współgrają z założeniami fabularnymi. Niestety muszę też powiedzieć, że jest z tym związany najgorszy element całej produkcji, który skutecznie potrafi wybić z imersji.

Mowa o odradzaniu bądź pojawianiu się nowych przeciwników w wyzwolonych miejscówkach. Twórcy wracają tu do rozwiązania znanego z Far Cry 2, gdzie po krótkim odstępie czasu każdy wyzwolony przez nas posterunek na powrót był zapełniany przez wrogów. Było to świetne rozwiązanie i ponownie pojawia się ono w Far Cry 6. Tutaj jednak nie dotyczy to wszystkich punktów na mapie, a tylko tych mniej ważnych strategicznie oraz takich, w których logicznym by było, że Castillo ponownie umieścił tam ludzi. Wszystkie ważne punkty, jak posterunki kontrolne czy bazy główne, są na stałe nasze. Jest jednak jeden mały problem – do odradzania przeciwników dochodzi nawet, jak jesteśmy w okolicy. Można więc być świadkiem takich absurdów, że wracając z drugiego końca dużej bazy możemy się natknąć przy wejściu na nowych przeciwników, którzy całkowicie nie są świadomi wcześniejszej walki w tym miejscu oraz naszej tam obecności. Raz mi się nawet zdarzyło widzieć na własne oczy, jak taki żołnierz się pojawia. Było to na tyle daleko, że da się to przeoczyć, ale jak już raz się zauważy to niesmak pozostaje. Problem z odradzaniem pojawia się też w trakcie większych walk, kiedy to nasz pasek rozgłosu osiągnie maksimum. Część wrogów pojawia się po czasie, czy to w samochodach czy skacząc z helikopterów (zarówno na spadochronach, jak i na linach). To akurat jest normalne, nawet jak mamy świadomość, że gra dosłownie tworzy ich za pagórkiem albo dżunglą w okolicy gracza i dopiero potem do nas dojeżdzają. Jest to standardem gier z otwartym światem. Problemem jest tu piechota pojawiająca się nam nagle za plecami i przybiegająca znikąd. W obydwu sytuacjach skutecznie wybija to z imersji, którą Far Cry 6 tak skutecznie potrafi budować. Na szczęście jest to coś, co deweloperzy bez problemu mogą naprawić, więc nie zdziwię się, jak poprawki tego systemu pojawią się w najbliższych aktualizacjach.

Rewolucja, samoróbki i jamnik Chorizo - recenzja Far Cry 6 [PC]

Far Cry 6 to jedna z najładniejszych gier tego roku.

PODSUMOWANIE

Problem z odradzaniem to tak naprawdę jedyny aspekt gry, który mnie denerwował i psuł chwilowo przyjemność z przemierzania Yary i walczenia z żołnierzami Castillo. Gra nie pozbyła się oczywiście błędów i delikatnych gliczy, związanych głównie z poruszaniem postaci towarzyszących nam podczas misji, naszych amigos czy partnerów w kooperacji. Widocznie byłem tym szczęśliwcem, który się nie natknął na blokowanie ważnych NPC-ów i niemożliwość ukończenia misji, spadanie poza teren mapy czy dziwne glicze graficzne. Nawet nie miałem ani jednego krytycznego błędu, który spowodowałby wyjście do pulpitu lub restart komputera. Nie wiem czy to wina mojego mocnego sprzętu, ale nawet nie doznałem spadków w ilości wyświetlanych klatek, grając przy tym bez łatki dnia pierwszego i wcześniejszej, która została udostępniona przed premierą. Gra działa tak płynnie, że nawet przy włączonym Ray Tracingu nie musiałem korzystać z funkcji DLSS dla kart NVidii, podczas gdy inne gry, jak Cyberpunk 2077 czy The Ascent, dalej ode mnie tego wymagają w najbardziej wymagających momentach. Tutaj nawet kilka eksplozji na raz nie powodowało nawet mikrosekundowej zadyszki, w tym podczas wyświetlania konkretnego efektu pierwszy raz po uruchomieniu gry, co jest zmorą niektórych gier.

Bardzo dobra optymalizacja, świetny scenariusz, atmosfera czy zadania oraz dopieszczenie mechanik strzelania, poruszania się i walki wręcz (teraz już bez problemu płynnie zrobimy wślizg od razu przechodząc do błyskawicznego ataku maczetą) sprawiły, że ponownie zakochałem się w serii Far Cry. Zdaję sobie jednak doskonale sprawę, że mogę być w mniejszości i doskonale rozumiem problemy, jakie mogą mieć inni gracze z tym tytułem. Jego dualność tonalna i skakanie pomiędzy emocjami nie każdemu przypadnie do gustu. Zmiany w systemie progresji również. Największą barierą jest jednak długość – Far Cry jeszcze nigdy tak bardzo pod tym względem nie przypominał serii Assassin’s Creed, której nowe odsłony starczają nawet na kilkaset godzin. Wątek główny, i tak bardzo długi, bez problemu ukończymy bez eksplorowania i zbierania sprzętu, ale jeśli chcemy dogłębnie zwiedzić świat i zrobić wszystko, co gra ma dla nas do zaoferowania, to czeka nas naprawdę wiele godzin zabawy. Mnie cykl o Asasynach już do tego przyzwyczaił i nawet witam taki stan rzeczy z otwartymi ramionami (gdyby scenariusz był przeciętny, to sprawa wyglądałaby kompletnie inaczej).

Far Cry 6 to według mnie nowa jakość serii. Nie przez mechaniki i niektóre rozwiązania, które obecne są w każdej grze Ubisoftu i to, że są one dopieszczone. Nie przez oszałamiający w niektórych momentach wygląd, rewelacyjny soundtrack czy montaż i ilość ambientowych dźwięków. Chodzi o scenariusz (co z tego, że jest sztampowy, jak dialogi są tak świetnie napisane), większy nacisk na obecność naszego bohatera we wszystkich wydarzeniach i nadanie mu charakteru i głębi oraz samoświadome podejście do przeszłości całej franczyzy. Jest też tytułem, który dał mi naprawdę wiele godzin frajdy, podczas których mogłem nawet zapomnieć o bożym świecie. Wpadłem w opowieść o Yarze jak w bagno i z chęcią jeszcze do niej wrócę, zwłaszcza jak dodane zostaną krótkie, psychodeliczne epizody, w których będziemy mogli się wcielić we wszystkich poprzednich antagonistów serii.

Jeśli więc szukacie FPS-a dla jednego gracza z charakterem, szaloną i ekscytującą akcją oraz ciekawym i dającym się lubić protagonistą oraz antagonistą, od którego nie można oderwać oczu, to śmiało sięgnijcie po Far Cry 6. Jeśli będziecie w stanie przeboleć jej tonalny dualizm i dacie scenariuszowi się rozkręcić, to na pewno zaskoczy was tak samo pozytywnie, jak i mnie. Nie bawiłem się tak dobrze przy tej serii od czasu Far Cry: Blood Dragon.

czytaj też: Twitch potwierdził, że ​​został zhakowany po tym, jak wyciekł jego kod źródłowy

Szymon Czaja
Gracz od czasów Amigi 500 i Desert Strike. Pasjonat Gwiezdnych Wojen i wszystkiego co science fiction - od kampowego pulpu w stylu ''Morderczych pomidorów z Marsa'' do hard science fiction. Nie pogardzi też dobrym i mrocznym fantasy. Warhammer 40000 to, według niego, najlepszy world building w historii gier. Nie lubi używać liczb ani gwiazdek do oceniania rzeczy. Wyznawca mantry ''for gamers by gamers'', nie napisze recenzji, póki nie skończy gry i powie wprost, jak mu się coś nie podoba. Dalej czeka na ekranizację Thorgala i Szninkla i porządną wersję legend arturiańskich, żeby chociaż na chwilę mógł zapomnieć o Excaliburze, którego widział setki razy.

    Mogą Ci się spodobać

    Więcej w kategorii Gaming