ActinaGamingOd redakcjiRecenzja

Raj dla fanów, solidny przeciętniak dla pozostałych – recenzja Aliens: Fireteam Elite [PC]

-

8 min czytania

Aliens: Fireteam Elite nie jest grą rewolucyjną, ale jako tytuł o Kolonialnych Marines w uniwersum Obcego jest tym, czym być powinien.

(Tytuł ogrywaliśmy na sprzęcie dostarczonym przez firmę Actina: i5 9600K, 16GB RAM, GeForce 2060) 

Ostatnia gra, która pozwoliła nam wcielić się w jednego z Kolonialnych Marines, znanych z filmu Obcy: Decydujące Starcie, była ogromnym rozczarowaniem i technicznym nieporozumieniem. Krzywdziło to wielce nie tylko franczyzę, ale i same Ksenomorfy, który nawet na najwyższym poziomie trudności w niczym nie przypominały swoich ekranowych, bardzo zabójczych odpowiedników.

Sytuację kultowego uniwersum w grach komputerowych ratował Alien: Isolation, niezwykle klimatyczny horror inspirowany pierwszą odsłoną filmowego cyklu. Tam jednak mieliśmy do czynienia z jednym Ksenormorfem, a sama produkcja była nastawiona na skradanie i sukcesywne budowanie napięcia. Brakowało więc tytułu, który zapewni nam nie tylko strach, ale i podniesie adrenalinę podczas desperackich starć z rojem kreatur stworzonych przez H.R Gigera.

Na szczęście możemy o Aliens: Colonial Marines zapomnieć. Aliens: Fireteam Elite, pierwsza gra studia Cold Iron Studios, jest tytułem nie tylko lepszym, ale i takim, na który franczyza ta zasługuje.

Raj dla fanów, solidny przeciętniak dla pozostałych - recenzja Aliens: Fireteam Elite [PC]

Opowieść zaczyna się standardowo – od eksploracji opuszczonej kosmicznej rafinerii.

FABUŁA

Jeśli kiedykolwiek widzieliście filmy z Ksenomorfami, nawet te w towarzystwie z Predatorami, to wiecie czego się spodziewać po fabule, która przedstawia nam wydarzenia 23 lata po filmie Obcy 3. Kolonialni Marines trafiają na sygnał S.O.S. od Katangi, zaginionej orbitalnej rafinerii (to właśnie taką stację holował Nostromo, statek z pierwszego filmu Ridleya Scotta). Na miejscu dość szybko natrafiają na Ksenomorfy, które nie są już na tym etapie tajemnicą dla sił kolonialnych i wszystkich korporacji. Pod koniec pierwszej misji udaje im się uratować jedynego ocalałego, naukowca korporacji Weyland-Yutani, dr. Timothy’ego Hoenikkera. Hoenikker wyjawia, że ​​Weyland-Yutani odkryło na pobliskiej planecie LV-895 jaja Ksenomorfów oraz substancję mutagenną nazwaną Patogenem.

Nie zdziwiłbym się, jak Ci z was, którzy znają to uniwersum, ziewają w tym momencie mówiąc, że przecież nic nowego. I tak właśnie jest. Jak zwykle za całą tragedią stoi korporacja Weyland-Yutani, która eksperymentuje zarówno na ludziach, jak i Ksenomorfach i innych istotach obecnych na Pograniczach (najbardziej oddalone systemy od Układu Słonecznego). Jak zwykle nasi Marines zostają wysłani na miejsce nie wiedząc nic i muszą się liczyć z tym, że odpowiedzialne za wszystko jednostki będą chciały całą sprawę zatuszować i tak, jak w filmach, powoli będą odkrywać prawdę.

Podczas gdy cała fabuła jest do bólu wręcz schematyczna, zwłaszcza dla fana uniwersum, to jednak nie mogę odmówić jej uroku i tego, że naprawdę przyjemnie odkrywało mi się kolejne lokacje i notatki wywiadowcze. Te ostatnie, po powrocie do bazy, odblokowują możliwość rozmowy z postaciami niezależnymi na naszym statku, podczas których można się dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy na temat sytuacji politycznej tego uniwersum, wszystkich kreatur, korporacji etc. Jest to prawdziwa skarbnica wiedzy, która czerpie nie tylko z oryginalnej trylogii, ale i nowszych filmów, Prometeusz i Przymierze, gry Alien: Isolation czy nawet starych komiksów.

Raj dla fanów, solidny przeciętniak dla pozostałych - recenzja Aliens: Fireteam Elite [PC]

Design lokacji to jeden z dwóch najlepszych elementów gry. Pomimo mniejszego budżetu jest tu miejsce na zachwyt.

ROZGRYWKA

Powiedzmy to sobie od razu – to nie jest gra wysokobudżetowa i AAA i nie wygra nagród za wygląd, a nie zrewolucjonizuje gatunku tzw. hordziaków, czyli tytułów, które polegają na kooperacyjnej walce z ogromnymi ilościami przeciwników. Nie oznacza to jednak, że gra jest słaba i źle wygląda. Wręcz przeciwnie.

Co pierwsze rzuca się w oczy podczas pierwszego spotkanie z Aliens: Fireteam Elite, to naprawdę pieczołowicie przygotowane lokacje, które zwiedzamy oraz animacje Ksenomorfów, z którymi walczymy. Te pierwsze to prawdziwe perełki, nie tylko pod względem autentyczności, ale i projektów. Wnętrze Katangi jest odpowiednio klaustrofobiczne, zarówno dzięki oświetleniu i mgiełce, jak i labiryntowi korytarzy. Ruiny Inżynierów są majestatyczne i rozległe, co wymusza na nas zmianę ekwipunku – snajperka nie przyda się nam w korytarzach, a strzelba w ruinach, gdzie nawet z Robalami walczymy na dłuższy dystans. Gniazdo Ksenomorfów to klasa sama w sobie – jest ciasnym labiryntem, a krwiożercze kreatury atakują nas z każdej strony.

Walka z nimi to prawdziwa przyjemność. Realistycznie skaczą po ścianach, biegają, skaczą nad przeszkodami i reagują na ogień naszej broni. Szczególnie to widać na wyższych poziomach trudności, kiedy wzrasta ilość wszystkich przeciwników. Ksenomorfy przeskakują nad sobą, potykają o ciała innych czy przewracają się od naszego ostrzału. Takie momenty naprawdę mogą imponować, zwłaszcza jak pamiętamy nieszczęsne Aliens: Colonial Marines, gdzie pojedynczy wróg mógł zablokować w przejściu całą resztę, a te nie mogły sobie poradzić z obejściem delikwenta. Tutaj każdy z nich ma świadomość zbiorową, wie gdzie są inne jednostki i potrafi jest sprytnie obejść, czy to przez skok na ścianę czy wprost na nas nad jego głową. Naszymi przeciwnikami są również synty, czyli androidy korporacji Seegson i Weyland-Yutani, ale w ich wypadku jest to nic specjalnego. Umieją flankować, chować się za osłonami i celnie strzelać i rzucać granatami.

W grze nie mogło zabraknąć kilku specjalizacji do wyboru oraz personalizacji zarówno klas, jak i naszego awatara i broni. Kolonialny Marines, którego stworzymy na początku gry, będzie miał dostęp do czterech, a po zakończeniu kampanii pięciu, klas postaci. Jest to strzelec czyli zwykły, ale przydatny piechur, medyk, technik stawiający działko czy wyposażony w kultowego smartguna niszczyciel. Każda z nich ma na początku dostęp do innego wyposażenia oraz innych umiejętności aktywnych i pasywnych. Z czasem odblokować można dodatkowe bronie, które umożliwią innym klasom korzystać np. z miotacza płomieni dostępnego tylko dla niszczyciela czy strzelby. Specjalizacje i bronie rozwiniemy poprzez podnoszenie poziomu zarówno naszego, jak i poszczególnych elementów sprzętu i samych klas. Na specjalnej planszy układa się, jak klocki albo puzzle, umiejętności pasywne, które mogą tworzyć synergię z niektórymi sąsiadami i zdolnościami aktywnymi. Jest w tym trochę zabawy, zwłaszcza jak podniesiemy wystarczająco poziom wszystkich klas. Można wtedy na planszy wykorzystać perki specjalizacji, którą aktualnie nie gramy.

Naszego awatara możemy również zmienić wizualnie. Modyfikacja wyglądu, taka sama jak podczas kreowania postaci, jest dostępna cały czas, a oprócz tego możemy też zmienić pancerze, zmienić kolor broni czy nałożyć na nie klimatyczne naklejki, w tym te znane z filmu. Poszczególne elementy personalizacji znajdziemy w skrzynkach podczas misji oraz kupimy u kwatermistrza jedynie za walutę dostępną w grze.

Raj dla fanów, solidny przeciętniak dla pozostałych - recenzja Aliens: Fireteam Elite [PC]

Wizyta w gnieździe na wyższych poziomach trudności jest taka, jaka być powinna – pełna Ksenomorfów i desperackiej walki o przetrwanie od pierwszej minuty.

PODSUMOWANIE

Aliens: Fireteam Elite nie jest grą rewolucyjną dla swojego gatunku. Nie było to zresztą zamiarem studia, które rozpoczęło prace nad tą produkcją licząc dwanaście osób. Cold Iron Studios postanowiło po prostu zrobić dobrą grę w uniwersum Kolonialnych Marines i Ksenomorfów, których spotkania idealnie pasują do gatunku hordziaków. I, pomimo ewidentnie niższego budżetu, ciężko nie przyznać, że im to się udało.

Każdy element gry, nieważne jak bardzo nam znany z innych tego typu produkcji, jest tu zrobiony poprawnie i może zapewnić kilka godzin całkiem przyjemnej rozgrywki, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że nie trzeba za niego zapłacić tyle, co za gry triple-A. Zdecydowanie więcej z tytułu wyciągną fani uniwersum, którzy co krok natkną się na easter eggi czy inne znajome elementy, ale właśnie przez ten ogrom informacji na temat świata przedstawionego Aliens: Fireteam Elite jest też świetnym punktem wejścia dla kogoś nieobeznanego z Inżynierami, Weyland Yutani czy Ellen Ripley. Nie odpowiada na wszystkie pytania, a przynajmniej nie w tak bezpośrednio absurdalny sposób jak Ridley Scott w ostatnich filmach cyklu, przez co zachęca do zapoznania się filmami czy innym medium. Deweloperzy stworzyli list miłosny do całej franczyzy i widać to na każdym kroku.

Ksenomorfy mają się bardzo dobrze przez ostatnie dwa lata. Na stołach graczy wylądowała świetna planszówka Aliens: Another glorious day in the Corps oraz bardzo klimatyczna i tematyczna gra fabularna Obcy. Obydwie produkcje zostały bardzo dobrze przyjęte przez fanów serii, również tych, którzy dość głośno krytykowali pewne decyzje Ridleya Scotta względem całej mitologii. Chwali się w nich przede wszystkim atmosferę i autentyczność względem całego uniwersum. Aliens: Fireteam Elite może śmiało do nich dołączyć. Jest tym dla filmu Obcy: Decydujące Starcie, czym Alien Isolation było dla Obcy: Ósmy pasażer Nostromo – bardzo dobrą adaptacją konkretnej formy, jaką może przyjąć opowieść z uniwersum Ksenomorfów.

czytaj też: Roman Empire Wars – trailer RTS-a z historycznym zacięciem [WIDEO]

Szymon Czaja
Gracz od czasów Amigi 500 i Desert Strike. Pasjonat Gwiezdnych Wojen i wszystkiego co science fiction - od kampowego pulpu w stylu ''Morderczych pomidorów z Marsa'' do hard science fiction. Nie pogardzi też dobrym i mrocznym fantasy. Warhammer 40000 to, według niego, najlepszy world building w historii gier. Nie lubi używać liczb ani gwiazdek do oceniania rzeczy. Wyznawca mantry ''for gamers by gamers'', nie napisze recenzji, póki nie skończy gry i powie wprost, jak mu się coś nie podoba. Dalej czeka na ekranizację Thorgala i Szninkla i porządną wersję legend arturiańskich, żeby chociaż na chwilę mógł zapomnieć o Excaliburze, którego widział setki razy.

    Mogą Ci się spodobać

    Więcej w kategorii Actina