RecenzjaSerial

Dziecko, akcja i kupa easter eggów – recenzja premierowego odcinka drugiego sezonu ”Mandalorianina”

-

4 min czytania

Tak powinno się zaczynać drugi sezon! Powrót Dziecka i łowcy nagród zachwyci zarówno starych fanów, jak i nowicjuszy. 

(zawiera spoiler jedynie z pierwszych minut odcinka)

W końcu się doczekaliśmy. Na platformę Disney+ powrócił uroczy małolat i jego opiekun, Mandalorianin. I, na Teutatesa, co to za powrót. Jako fan uniwersum Gwiezdnych Wojen powiem to od razu – to najlepsze Star Warsy od czasu klasycznej trylogii i starego kanonu. I ”Rozdział 9: Szeryf”, jak nazywa się pierwszy odcinek nowego sezonu ”The Mandalorian”, jest tego idealnym przykładem.

Mandalorian

Dziecko, które zawojowało świat i Djin Djarin, fot by Lucasfilm

Dwójkę bohaterów spotykamy ponownie na jednej z planet Zewnętrznych Rubieży. Od razu widać, że nie jest to miejsce, w którym można się czuć bezpiecznie. Łowca nagród i jego podopieczny nie są tu bez powodu. Szukają innych Mandalorian, którzy mogą im pomóc w odnalezieniu pozostałych przedstawicieli rasy ”małego Yody”. Jak to zwykle w tym świecie bywa, nasz bohater zostaje wyrolowany przez przywódcę gangu. Po bardzo krótkiej, jak to Mandalorianie mają w zwyczaju, walce, Klan Dwóch odlatuje z planety z informacją o planecie, na którą powinni się następnie udać.

Na tym poprzestanę. Nawet nazwa planety to bardzo duży spoiler, zagorzałym fanom od razu zapaliłaby się czerwona lampka. Powiem tylko tyle – odcinek jest rewelacyjny. Dawno nie widziałem tak dobrego otwarcia sezonu. Mamy tu akcję, humor, dużo słodkości wiadomo kogo i mnóstwo, ale to mnóstwo, mniej lub bardziej ukrytych easter eggów. Ok, można się przyczepić, że znowu jest to typowy western, ale czy nie na tym polega Star Wars? Ten gatunkowy miks, stworzony przez Georga Lucasa, właśnie dlatego stał się mitologią naszych czasów (fani MCU, just don’t start), inspiracją setek twórców i skradł miliony serc na świecie. I, jak widać po 50-minutowym odcinku nakręconym przez Jona Favreu, ojca całego projektu, dalej to potrafi. Nie tylko za sprawą zielonego małolata.

This is the f****ng way, Disney! 

Nie mogę wystarczająco podkreślić, ile daje wykorzystywanie w produkcji ledowych ekranów zamiast greenscreena i postawienie na charakteryzację i efekty praktyczne. Tu czuć w każdym ujęciu klasyczne Gwiezdne Wojny sprzed epoki prequeli. Widać zużycie na pancerzach, statkach czy budynkach a na przedstawicielach innych ras pory skóry. Tacy Gamorreanie (zieloni orkowie z pałacu Jabby) wyglądają, jakby dopiero co przyszli z planu ”Powrotu Jedi”. Przypomina mi się też sytuacja z planu zdjęciowego ”Hobbita” Petera Jackosona. Ian McKellen, odgrywający rolę Gandalfa, miał na nim zapłakać, kiedy reżyser kazał mu grać scenę tylko do zielonego ekranu. Tutaj to absolutnie nie ma miejsca. Dzięki wykorzystaniu zaawansowanych ekranów ledowych minęły czasy grania bez tła. Aktorzy nie muszą sobie nic wyobrażać i znacznie skraca to czas postprodukcji.

Drugim ważnym elementem, dzięki któremu ”Mandalorianin” odniósł taki sukces i jest najlepszą opowieścią z Odległej Galaktyki od czasu przejęcia marki przez Disney, jest ekipa odpowiedzialna za cały projekt. Kiedy bierzesz do takiej roboty ludzi z pasją to widać efekty i uczucie włożone w produkcję. Na każdym szczeblu, od muzyki przez dekoracje i kostiumy, do aktorstwa. Pewien aktor z dzisiejszego odcinka, którego imienia nie mogę zdradzić, idealnie wpasował się do uniwersum, czego kompletnie się nie spodziewałem.

Gwiezdne wojny czy nie, ”Rozdział 9: Szeryf” to kawał bardzo dobrej telewizji. Nie czuć to w ogóle nudy. Na dodatek ogromnie podkręca hype na resztę sezonu. Jon Favreu i Dave Filloni, showrunnerzy produkcji, doskonale wiedzą co robią i, jeśli ktokolwiek miał jeszcze jakieś wątpliwości, ich najnowszy odcinek jest tego finalnym dowodem. Gwiezdne Wojny od dawna nie były w tak dobrych rękach.

Szymon Czaja
Gracz od czasów Amigi 500 i Desert Strike. Pasjonat Gwiezdnych Wojen i wszystkiego co science fiction - od kampowego pulpu w stylu ''Morderczych pomidorów z Marsa'' do hard science fiction. Nie pogardzi też dobrym i mrocznym fantasy. Warhammer 40000 to, według niego, najlepszy world building w historii gier. Nie lubi używać liczb ani gwiazdek do oceniania rzeczy. Wyznawca mantry ''for gamers by gamers'', nie napisze recenzji, póki nie skończy gry i powie wprost, jak mu się coś nie podoba. Dalej czeka na ekranizację Thorgala i Szninkla i porządną wersję legend arturiańskich, żeby chociaż na chwilę mógł zapomnieć o Excaliburze, którego widział setki razy.

    Mogą Ci się spodobać

    Więcej w kategorii Recenzja