GamingRecenzja

Niespełnione obietnice niewarte Twojej uwagi – Call of Duty: Black Ops Cold War [kampania]

-

8 min czytania

Jeśli szukasz nowości w kampanii dla jednego gracza w najnowszym Call of Duty, to szukaj dalej. Pomimo obietnic nie zmieniło się nic.

Tegorocznej edycji Call of Duty oczekiwałem z lekkimi wypiekami na twarzy. Jestem fanem pierwszych dwóch części spinoffu serii. czyli Black Ops, które dość mocny nacisk stawiały też na kampanię singleplayer. Przy sztampowej i bardzo pompatycznej fabule z bazowej serii Modern Warfare, opowieść o super tajnych i nie do końca legalnych operacjach była znacznie bardziej ciekawa i lepiej napisana. Na dodatek potrafiła bardzo dobrze bawić się graczem, zarówno podczas grania jak i nawet w menu głównym.

Poza Warzone był to też mój powrót do serii, nie grałem w żadną część poza od czasu zawodu, jaki przeżyłem grając w Call of Duty: Ghosts w 2013 roku. Co rok dostawaliśmy ten sam tytuł z taką samą kampanią, ubrane tylko inaczej. Tryb multiplayer nigdy nie był dla mnie, bardziej odpowiadają mi w tym wypadku gry studia Dice z serii Battlefield, która obecnie przeżywa kryzys i też mam do niej sporo pretensji.

Zaskoczony moim odbiorem Warzone, czyli trybu battle royale w Call of Duty, i zachęcony obietnicami twórców o bardziej otwartych poziomach i nieliniowej, dłuższej kampanii z ochotą odpaliłem grę w dniu premiery. Siedem godzin później, cholernie zmęczony, obejrzałem wszystkie możliwe zakończenia i stwierdziłem jedno – jest to jeden z najbardziej przekłamanych marketingowo tytułów, jakie dane mi było ograć od czasu Fallouta 76. Pozwól, że wyjaśnię dlaczego.

Najnudniejsza gra tego roku

Zaczynamy typowo – szybka misja infiltracyjna służąca za tutorial z szybkim przejściem w sekwencję typową dla filmów Michaela Baya. Rozgrywka jest super płynna, strzelanie jest przyjemne i daje dużo frajdy. Po prologu nowość w serii – tworzenie własnego profilu agenta grupy operacyjnej Black Ops. Poprzez wypełnianie rubryk z profilem psychologicznym uzyskujemy dwa perki z trybu online. Mają one tak naprawdę dość niewielki wpływ na rozgrywkę, w końcu gramy z ze sztuczna inteligencją. Jest to jednak miły dodatek, który zapowiadał więcej ciekawych rzeczy.

Dla mnie Call of Duty to taka sama maszynka do dojenia z nas kasy jak Fifa, Madden czy NBA 2K, tworzona z minimalnymi zmianami w taki sam sposób, że co rok trzeba kupować nową wersję, aby nie zostać w tyle za społecznością graczy. To co robi Acitvision jest momentami obrzydliwe i nawet, bardzo dobry w moich oczach tryb Warzone i jego prototyp Blackout, czyli największe innowacje w serii od lat, tego nie zmienią. Chciwe paluchy czuć nawet tam.

Następne dwie misje są tak dobre pod względem rozgrywki i klimatu, że nie mogłem przestać się zachwycać. Gdybym nie streamował wtedy całej kampanii, to Wietnam i misję w Berlinie Wschodnim ograłbym kilka razy. Pierwsza z nich to bardzo krótki, ale miodny miks grania piechurem i sekwencji wieżyczkowej.

Zastanawiające jest, że nikt nie dotyka tego tematu w grach od jakiegoś już czasu, jest to świetne tło do zmagań sieciowych. O dobrej kampanii już nie wspomnę. Dżungla, poukrywane jednostki i pułapki wroga, ruiny, podziemne tunele Vietcongu i wszechobecne helikoptery Huey z muzyką rockową w tle. Dodatek do Battlefield: Bad Company 2 robił to tak dobrze, że jest jedna z niewielu gier online, w których zostałem na dłużej.

Druga misja to typowy thriller szpiegowski w duchu Trzech Dni Kondora z 1975 roku. Nasze zadanie – identyfikacja podwójnego agenta i kradzież jego teczki. Jak podejdziemy do misji to nasza sprawa, możemy się skradać, ale nie jesteśmy za wykrycie karani. W momencie wykrycia bez problemu załatwimy sprawę ołowiem. Następuje potem pewien dysonans, bo dosłownie przecznicę dalej przechodnie i strażnicy zachowują się jakby nic się nie wydarzyło. Następnie musimy manewrować po cichu po małym mieszkanku, szukając głównego celu czyli teczki.

Ta zmiana tempa była bardzo świeża, na dodatek efekty wizualne, muzyka i dźwięk robiły mega robotę – Call of Duty w końcu robiło coś nowego i miałem ochotę w to grać. Niestety błyskawicznie zostałem sprowadzony na ziemię sztampą w formie typowej misji ze spowolnieniem czasu w momencie infiltrowania pokoju  czy typowego “ojej, spadam, a jak się czegoś złapię, to pewnie stracę całą broń i będę musiał biegać z nożem”. Moje emocje całkowicie opadły i tak pozostało do końca gry. Nawet misja w kwaterze głównej KGB, jedyna prawdziwa nowość, w tamtym momencie nie bawiła mnie tak jak powinna. Swoją drogą to jedyna tak naprawdę otwarta misja, jaką mamy do rozegrania. Wieje tu jednak amatorszczyzną – mapa jest malutka, a gra ma nas za idiotów i prowadzi  po sznurku do trzech odrębnych ceków misji.

Cała fabuła to, mówiąc delikatnie, śmiech na sali. Po spójnym początku trafiamy do naszej kryjówki i dochodzi do pierwszego momentu, w którym gra mówi nam, że coś jest nie tak. Weteran serii i thrillerów szpiegowskich od razu będzie wiedział o co chodzi i co się wydarzy później. I tak właśnie jest. Nie jest to kalka 1:1 z poprzednich części, ale blisko. Od tego momentu też, poszczególne misje są coraz bardziej oderwane od siebie, przez co fabuła przestaje byś spójna i konsekwentna.

Black Ops 1 z 2010 roku potrafiło wciągnąć na amen i zgadywaliśmy do samego końca, tutaj naprawdę w pewnym momencie grałem z przymusu. Klisza goni kliszę, współtowarzysze są nudni jak flaki z olejem, a powracające, kultowe postaci Masona i Woodsa nie mają nic z dawnych siebie. Charakterystyki postaci tu nie ma żadnej. Kryminalne są też zakończenia – dostajemy dwa dwa, z czego jedno w dwóch wersjach. Już pal licho, że następuje nagle. Są krótkie i nagle się urywają. Na dodatek są tak cholernie przewidywalne, że aż boli. Kto to pisał?

Typowa produkcja prosto z kwatery głównej Activision

Lepiej bawiłem się przy Marvel Avengers niż przy kampanii Black Ops Cold War. W niewypale studia Crystal Dynamics mogłem jednak czerpać choć trochę frajdy.  Nowe Call of Duty zmęczyło mnie na cały weekend.

Gdzie są obiecywane otwarte mapy? Przy istnieniu tak dużego obszaru w Warzone, dziwi mnie fakt , że nikt jeszcze nie wpadł na pomysł stworzenie CoD-a z otwartym światem, mini zadania już przecież mamy. Obiecywana nieliniowa kampania to amatorszczyzna na całej linii, takie powierzchowne wybory i zakończenia bez znaczenia to era początku XXI wieku.

Kampania jest zrobiona bez polotu i według schematu mającego już prawie 17 lat. Nie zrozum mnie źle, rozgrywka z minuty na minutę jest super, strzela i porusza się przyjemnie, sterowanie jest responsywne i wszystko rewelacyjnie wygląda i brzmi. Ale co z tego, jak to samo, w znacznie przyjemniejszej wersji, można ograć w darmowym trybie battle royale. Jedyne co tracimy, to niektóre bronie do loadoutów i skórki dla naszej postaci.

Serio Activision, ja rozumiem gdzie skierowana jest wasza cała uwaga, a od słynnej czerwonej kropki za prawdziwe pieniądze jest to ewidentne dla każdego. Ale nie musicie wciskać nam takiego kitu w trakcie kampanii marketingowej i żerować na nostalgii, jaką ma do Black Opsów większość waszych konsumentów.

Zajmijcie się na razie Warzone i weźcie przykład z Ubisoftu. Zróbcie roczną przerwę od serii, dajcie Infinity Ward poeksperymentować z otwartymi mapami i mechanikami. Jako zagorzały członek drugiego obozu od Battlefielda 1942 nie wierzę, że to mówię, ale wasz gameplay jest od ponad roku świetny i zasługuje na równie dobrą kampanię single player. To naprawdę nie jest takie trudne, a talentu macie sporo.

Zresztą co ja się łudzę. To przecież Activision. Jeśli jesteś, tak jak ja, powracającym fanem pierwszych części Black Ops, to trzymaj się z daleka. Niewarte zakupu nawet na przecenie. Jest to dla mnie nie do pomyślenia, że dalej powstają strzelanki według 20-letniego prawie schematu, bez znaczących zmian i innowacji. Na dodatek w jednej z najbardziej rozpoznawalnych i zarabiających serii.

Podsumowanie

Dla mnie Call of Duty to taka sama maszynka do dojenia z nas kasy jak Fifa, Madden czy NBA 2K, tworzona z minimalnymi zmianami w taki sposób, że co rok trzeba kupować nową wersję, aby nie zostać w tyle za społecznością graczy. To, co robi Acitvision, jest momentami obrzydliwe i nawet, bardzo dobre w moich oczach, tryby Warzone i jego prototyp Blackout, czyli największe nowości w serii od lat, tego nie zmienią. Chciwe paluchy czuć nawet tam. Brakuje w branży konkretnych fps-ów z dobra fabułą, innowacjami i zabawą gatunkiem. Może mieć to nawet miejsce w bardziej realistycznych strzelankach, jak będzie odpowiednio przemyślane. Niestety polityka wydawania gier co rok, nie pozwala na taki rozwój. Jest na to dowodem seria Assassin’s Creed, Battlefield, czy od lat Call of Duty właśnie.

Mówiąc krótko, rozczarowanie roku 2020.

Szymon Czaja
Gracz od czasów Amigi 500 i Desert Strike. Pasjonat Gwiezdnych Wojen i wszystkiego co science fiction - od kampowego pulpu w stylu ''Morderczych pomidorów z Marsa'' do hard science fiction. Nie pogardzi też dobrym i mrocznym fantasy. Warhammer 40000 to, według niego, najlepszy world building w historii gier. Nie lubi używać liczb ani gwiazdek do oceniania rzeczy. Wyznawca mantry ''for gamers by gamers'', nie napisze recenzji, póki nie skończy gry i powie wprost, jak mu się coś nie podoba. Dalej czeka na ekranizację Thorgala i Szninkla i porządną wersję legend arturiańskich, żeby chociaż na chwilę mógł zapomnieć o Excaliburze, którego widział setki razy.

    Mogą Ci się spodobać

    Więcej w kategorii Gaming