ActinaGamingRecenzja

Nie taki Mroczny Pan, jakim go malują – Doom Eternal The Ancient Gods Part Two [recenzja PC]

-

8 min czytania

Doom Eternal: The Ancient Gods Part Two to gra/dodatek o dwóch twarzach –  z jednej strony jest to Doom na największych i najbardziej dopracowanych obrotach, z drugiej niezwykle rozczarowuje finałem.  

(Tytuł ogrywaliśmy na komputerze dostarczonym przez firmę Actina.)

Historia lubi zataczać koło. Adekwatnym jest więc fakt, że jednym z najlepszych obecnie shooterów jest rebooto-sequel najważniejszego tytułu dla całego gatunku. Mowa oczywiście o grze Doom z 2016 roku i jej kontynuacji Doom Eternal. Pierwsza udowodniła, że klasyczna rozgrywka, oparta głównie na bardzo szybkim tempie i wysokim poziomie adrenaliny, ma dalej rację bytu. Druga pokazała, że tego typu gry mogą ewoluować, nawet w stronę innych gatunków.

Doom Eternal to coś więcej niż klasyczna do bólu strzelanka. Tytuł dał graczom multum opcji zabijania demonów, nie były to jednak tylko nowe bronie. Każdy mechanizm stworzony przez id Software, od miotacza płomieni, granatnika czy tzw. glory kills, jest integralną częścią rozgrywki do tego stopnia, że przemyślane z nich korzystanie jest wręcz wymagane na wyższych poziomach trudności. Doom przestał być typową bieganiną z karabinem i stał się krwawym baletem, wymagającym od gracza skupienia i podejmowania nawet kilku decyzji w ułamku sekundy.

Podstawowa kampania dla jednego gracza kończyła się ogromnym cliffhangerem. Studio id Software nie kazało nam jednak czekać kolejne cztery lata na część trzecią. Postanowiono całą historię zamknąć w dwóch dodatkach, z których ostatni jest zwieńczeniem obecnej sagi o Doom Slayerze. Żadnej części trzeciej – finałowa walka z piekielnym odpowiednikiem głównego bohatera, Mrocznym Panem, ma miejsce tu i teraz. I niestety, pod tym względem, rozczarowuje.

Nie taki Mroczny Pan, jakim go malują - Doom Eternal The Ancient Gods Part Two [recenzja PC]

Czy tańczyliście kiedyś z diabłem w świetle piekielnego księżyca? Fot by id Software

FABUŁA

Fabuła części drugiej The Ancient Gods rozpoczyna się dokładnie w tym samym miejscu, w którym zakończył się poprzednik – po przywołaniu Mrocznego Pana, Doom Slayer próbuje go zabić, ale nie udaje mu się to, ponieważ krwi nie można przelać w Luminarium. Czarny Pan mówi Slayerowi, że będzie czekał w stolicy piekieł, Immorze, na ich ostateczną konfrontację w rytualnym pojedynku jeden na jeden.

Tylko tyle wam zdradzę, jest to finał całej opowieści,  jest tu więc mnóstwo zamykania wątków i rewelacji, które, o dziwo, trzymają się kupy i są bardzo satysfakcjonujące. Nie zrozumcie mnie źle, to dalej jedna z najbardziej szalonych i absurdalnych fabuł po tej stronie gatunku strzelanek. Jest jednak całkowicie świadoma tego, że przypomina szkice i opowieści prosto z wyobraźni licealistów słuchających heavy metalu. Doom zawsze taki był – w pierwszej odsłonie z 1993 roku, Doom Marine, czyli nasz bohater sprzed transformacji w Slayera, rozpoczął krwawą batalię z demonami tylko dlatego, że zabiły one jego króliczka. Dobrze czytacie.

Pomimo jednego absurdalnego pomysłu goniącego drugi, z jakiegoś dziwnego powodu to wszystko działa. Może to forma prezentacji, która, przez muzykę i design wizualny, przywodzi na myśl heroiczne okładki zespołów heavy metalowych. Może to też być fakt, że, w dobie gier maksymalnie poważnych i poruszających ciężkie tematy, Doom Eternal nie zapomniał, że ma też bawić, a nie tylko i wyłącznie prawić morały lub wyciskać z nas kasę.

Nie taki Mroczny Pan, jakim go malują - Doom Eternal The Ancient Gods Part Two [recenzja PC]

Imorra i Mroczny Pan bardzo rozczarowują, biorąc pod uwagę poprzednich przeciwników i poziomy. Fot by id Software.

ROZGRYWKA

Przez 95 procent trwania dodatku raczeni jesteśmy najlepszym shooterem w historii. Kiedy wpadniemy w specyficzny rytm, to The Ancient Gods Part 2 naprawdę przypomina inteligentny taniec. Jeśli spóźnimy się z decyzją o dosłownie ułamek sekundy, kończy się to naszą śmiercią, zwłaszcza na najwyższych poziomach trudności. Każdy element wyposażenia ma swoje miejsce i właściwe ich wykorzystanie jest wymagane aby po prostu przeżyć. Amunicja i apteczki, dostępne do zebrania na poszczególnych mapach, będą po prostu niewystarczające, a granatnik, miotacz płomieni etc. są główną możliwością na ich zyskanie.

Tak, jak The Ancient Gods Part One rozbudował podstawkę, tak i część druga dodaje kilka nowych elementów. Najważniejszym z nich jest młot bojowy, Sentinel Hammer. Zastępuje on dostępny wcześniej miecz. Na samym początku może go wam brakować, szybko jednak młotek zdobędzie wasze serce i stanie się stałym elementem rotacji. Aby móc z niego korzystać należy najpierw wykonać dwa finiszery na przeciwnikach. Po użyciu Doom Slayer wyskakuje w powietrze i uderza młotem w ziemię. Powoduje to obrażenia obszarowe, które zabijają mniejsze demony i ogłuszają większe. Niby nic specjalnego, ale jeśli użyliśmy na demonach wcześniej naszego ekwipunku, to uderzenie młotem znacznie wzmocni ich działanie. Pozwala to na praktycznie całkowite odnowienie pancerza albo zdrowia w kilka sekund.

Przez moment można sądzić, że Sentinel Hammer znacznie ułatwi grę – nic bardziej mylnego. Nowe demony, areny i możliwe kombinacje wrogów skutecznie balansują resztę. To po prostu kolejna świetna zabawka oddana w nasze ręce.

Wszystko fajnie, fabuła daję radę, a rozgrywka to miodność nad miodności, gdzie jest więc to rozczarowanie? W najważniejszym elemencie dodatku i całej serii – finałowym pojedynku. Oczekiwana przez prawie pół roku walka rozczarowuje na każdej linii poza designem głównego antagonisty i zakończeniem fabuły. Mroczny Pan okazał się niczym więcej, jak wariacją na temat Maraudera, jednego z najtrudniejszych przeciwników, który w podstawce wyniósł rozgrywkę na wyższy poziom. O dodatku nie wspomnę, do dziś mam traumę po walce z tymi dwoma panami na raz.

Zamiast zrobić coś oryginalnego, na miarę piekielnego odpowiednika Doom Slayera, twórcy postanowili delikatnie rozbudować repertuar Maraudera, dać mu pięć pasków życia i możliwość wyssania z bohatera energii życiowej przy ataku wręcz. I tyle. Dość szybko pojedynek zmienia się w długi festiwal uników i oczekiwanie na dosłowne zielone światło by zadać Mrocznemu Panu obrażenia. Całkowicie kłóci się to z wcześniejszą filozofią gry i w żaden sposób nie oddaje epickości, jaką id Software budowało od czasu Doom Eternal. Ikona Grzechu to to nie jest.

Znacznie lepsze są trzy podwójne wyzwanie, które są połączeniem Gore Nestów z Doom 2016 i Wrót Slayera z Doom Eternal. Tylko podstawowe wyzwania są wymagane do zaliczenia, dają nam one w nagrodę modyfikacje do naszego młota, które naprawdę przydają się podczas największych potyczek. Dodatkowe są opcjonalne, po ukończeniu tychże odblokujemy dodatkowe elementy kosmetyczne. Są to jedne z najlepszych i najcięższych walk, jakie stoczyłem na przestrzeni serii. Odbywają się na dość małych arenach i, zwłaszcza podczas wyzwań dodatkowych, mają takie kombinacje przeciwników, że nasze umiejętności są testowane non stop bez przerwy na oddech. Muszę przyznać, że kilka razy zwątpiłem w samego siebie i swoje umiejętności. Ostatnia gra, która tego dokonała, to Bloodborne.

Nie taki Mroczny Pan, jakim go malują - Doom Eternal The Ancient Gods Part Two [recenzja PC]

Liczyłem na żart albo easter egga ze Skyrima, niestety go brak… Fot by id Software

PODSUMOWANIE

I tym Doom Eternal, wraz z dodatkami, dla mnie jest – idealnym mariażem klasycznych rozwiązań i stylu rozgrywki znanego z gier soulsopodobnych. Pomimo problemu z finałowym pojedynkiem, dodatek The Ancient Gods Part 2 to Doom dopieszczony do granic możliwości. Główna zasługa leży w rewelacyjnej robocie, jaką wykonali deweloperzy przy optymalizacji tytułu, można go uruchomić również na słabszych komputerach i, tak jak na konsolach, cieszyć się płynną rozgrywką. Komputer dostarczony przez Actinę ponownie sprostał zadaniu, przez co Doom Slayer, na maksymalnych ustawieniach, tańczył pomiędzy demonami jak baletnica w Jeziorze Łabędzim.

Doom Eternal: The Ancient Gods Part Two to naprawdę bardzo dobre zakończenie obecnej sagi o Doom Slayerze. Tapla się radośnie, jak dziecko, w swoim zwariowanym uniwersum, nie bierze siebie na serio, a rozgrywka to klasa sama w sobie. I tym wygrywa nawet z bardzo słabym finałowym bossem. Nie można mieć wszystkiego.

czytaj też: David Hasselhoff zagra Davida Hasselhoffa w niemieckim serialu o Davidzie Hasselhoffie

Szymon Czaja
Gracz od czasów Amigi 500 i Desert Strike. Pasjonat Gwiezdnych Wojen i wszystkiego co science fiction - od kampowego pulpu w stylu ''Morderczych pomidorów z Marsa'' do hard science fiction. Nie pogardzi też dobrym i mrocznym fantasy. Warhammer 40000 to, według niego, najlepszy world building w historii gier. Nie lubi używać liczb ani gwiazdek do oceniania rzeczy. Wyznawca mantry ''for gamers by gamers'', nie napisze recenzji, póki nie skończy gry i powie wprost, jak mu się coś nie podoba. Dalej czeka na ekranizację Thorgala i Szninkla i porządną wersję legend arturiańskich, żeby chociaż na chwilę mógł zapomnieć o Excaliburze, którego widział setki razy.

    Mogą Ci się spodobać

    Więcej w kategorii Actina