FilmOd redakcjiOpinia

Monsterverse w końcu odnalazło właściwą drogę – recenzja Godzilla vs. Kong

-

5 min czytania

Przyjemnie absurdalny wątek ludzki tym razem nie przeszkadza w najważniejszym – patrzeniu, jak dwa potwory biją się pyskach. Godzilla vs. Kong to w końcu bardzo dobry film z amerykańską Godzillą. A wszystko dzięki pewnej małpie.

(Zawiera lekkie spoilery z początku filmu!)

Powiedzmy to sobie od razu – Godzilla vs. Kong to nie jest najlepszy film, jaki obejrzycie w tym roku. Jednak jeśli szukacie produkcji, która zapewni wam prawie dwie godziny dobrej zabawy, to nie możecie lepiej trafić. Na dodatek fani kina z kaiju (wielkimi potworami) w roli głównej powinni być w końcu usatysfakcjonowani.

Monsterverse w końcu odnalazało właściwą drogę - recenzja Godzilla vs. Kong [bez spoilerów]

Cześć, nazywam się Kong i jestem głównym bohaterem. Fot by HBO MAX

Film rozpoczyna się sceną, która od razy przekona do siebie niedowiarków. Słuchając piosenki ”Over the mountain” Bobby’ego Vintona obserwujemy pobudkę Konga – otwarcie oczu, ziewnięcie, drapnięcie się po tyłku i poranny prysznic. Wszystko jest jasne od razu – i ton filmu i to, kto jest głównym bohaterem. Nie dziewczynka, którą widzieliśmy w zapowiedziach, nie Millie Bobby Brown, której wątek był ważniejszy niż Jaszczura w Godzilla: Król Potworów. Jest nim Kong, który w tej wersji chodzi wyprostowany na dwóch nogach i wygląda, jakby był częstym bywalcem siłowni.

W pewnym momencie dowiadujemy się o istnieniu pustej Ziemi, pochodzeniu Tytanów (czyli wszystkich ogromnych stworzeń) i ogromnych pokładach energii, jakie znajdują się w bardzo specjalnym miejscu na naszej planecie. Wyruszamy więc wraz z Kongiem, jego niemą przyjaciółką z rdzennego plemienia żyjącego na Wyspie Czaszki i resztą naukowców w celu znalezienia mu nowego domu i reszty pobratymców. W między czasie okazuje się, że Godzilla zaczęła z jakiegoś powodu atakować ludzkie miasta, w których znajdują się ośrodki firmy zajmującej się cybernetyką, Apex Cybernetics.

To wszystko ma miejsce w pierwszych 40 minutach. I gdyby nie fakt, że cała fabuła, z wątkami ludzkimi włącznie, skupia się na dwóch potworach i wszystkim, co z nimi związane, to można by sądzić, że mamy powtórkę z Godzilli Garetha Edwardsa z 2014 roku, gdzie japoński jaszczur pojawiał się w pełnej krasie w ostatnich dwudziestu minutach. Nic bardziej mylnego. Potworów na ekranie jest tu bardzo dużo.

Film jest bardziej kontynuacją Kong: Wyspa Czaszki, aniżeli poprzedniej odsłony, gdzie Godzilla walczył Ghidorą. I znacznie lepiej na tym wychodzi. Widać to przede wszystkim w fabule – Kong ma najwięcej czasu ekranowego i wszystko kręci sie dookoła niego, rozbudowując przy okazji resztę Monsterverse o dodatkowe elementy znane z japońskich filmów. Wprawne ucho fana wyłapie nawet małą zapowiedź tego, co ma nadejść dalej. Uważam to za największy plus tego filmu, poza pojedynkami oczywiście. Wątek postaci ludzkich nie jest tu już najważniejszy, ale uzupełnia idealnie całość będąc tym pobocznym. Nie boi się też absurdalności całego konceptu. Japońskie studio TOHO już dawno temu to zrozumiało. Amerykanom zajęło to aż 4 filmy, pomimo ogromnego wręcz materiału źródłowego i oczywistego powodu, dla którego chodzimy na takie filmy do kina. Co prawda dalej jest tu ludzi trochę za dużo, na przykład cały wątek Millie Bobby Brown można by wyrzucić do kosza i zostawić samą firmę Apex. Jednak to, co jest, nie jest w końcu żenujące i nie sili się na niepotrzebną powagę. Tak, dialogi są trochę głupie, ale taki też był urok wersji japońskich.

Technicznie Godzilla vs. Kong również zapożycza wiele z poprzedniej odsłony przygód Konga. Jest tu znacznie więcej piosenek, wszystko jest bardziej kolorowe i, co najważniejsze, widoczne. Kiedy w końcu dochodzi do walk, to film skupia się tylko i wyłącznie na potworach. Nie ma tu niepotrzebnych i ciągłych cięć na małe mrówki biegające pomiędzy nogami Tytanów, w tym na bohaterów ludzkich. Ujęcia są długie, dobrze skadrowane i doświetlone. W końcu można zobaczyć jak zwinny jest naprawdę nasz jaszczur, pomimo bioder godnie rywalizujących z Kim Kardashian i Nicki Minaj. Każdy cios i unik widać tu perfekcyjnie, przez co są to jedne z najlepszych walk kaiju, jakie mieliśmy okazję do tej pory zobaczyć na ekranie. W końcu ktoś dogonił w tym aspekcie Pacific Rim Guillermo Del Toro.

Monsterverse w końcu odnalazało właściwą drogę - recenzja Godzilla vs. Kong [bez spoilerów]

Japoński jaszczur jeszcze nigdy nie był tak piękny i ruchliwy. Fot by HBO MAX

Przez tę godzinę i czterdzieści pięć minut bawiłem się naprawdę dobrze. W końcu nie miałem ochoty robić czegoś innego, kiedy tylko odzywali się ludzcy bohaterowie. Jako fan gatunku dostałem też to, co chciałem od tych filmów od dawna. Niczym nie przerywaną walką, który zabierze mnie z powrotem do czasów dzieciństwa, kiedy, trzymając w rękach figurkę Godzilli, oglądałem co tydzień z zapartym tchem jej batalie z przeróżnymi potworami. Podczas najlepszych scen chichotałem jak dziecko i  dość głośno kibicowałem swojemu ulubieńcowi.

Godzilla vs. Kong osiągnął więc to, co zamierzał. Po prawie 60 latach dwójka największych gwiazd kina ponownie spotyka się na ekranie i jest to prawdziwe starcie tytanów. Emocjonujące kiedy trzeba, bardzo imponujące wizualnie przez prawie cały czas trwania i, co najważniejsze, szanujące obydwie postaci i nie traktujące siebie serio. Brawo Hollywood, tak robi się filmy o kaiju!

czytaj też: Symulator Brewmaster pozwoli na uwarzenie domowego piwa w zaciszu twojego PlayStation

Szymon Czaja
Gracz od czasów Amigi 500 i Desert Strike. Pasjonat Gwiezdnych Wojen i wszystkiego co science fiction - od kampowego pulpu w stylu ''Morderczych pomidorów z Marsa'' do hard science fiction. Nie pogardzi też dobrym i mrocznym fantasy. Warhammer 40000 to, według niego, najlepszy world building w historii gier. Nie lubi używać liczb ani gwiazdek do oceniania rzeczy. Wyznawca mantry ''for gamers by gamers'', nie napisze recenzji, póki nie skończy gry i powie wprost, jak mu się coś nie podoba. Dalej czeka na ekranizację Thorgala i Szninkla i porządną wersję legend arturiańskich, żeby chociaż na chwilę mógł zapomnieć o Excaliburze, którego widział setki razy.

    Mogą Ci się spodobać

    Więcej w kategorii Film