RecenzjaSerial

Moc dawno nie była tak silna – Mandalorianin, sezon drugi [recenzja ze spoilerami]

-

11 min czytania

Fan serwis, szacunek do całego uniwersum i malutki Yoda – tak Mandalorianin naprawił Gwiezdne Wojny.

(Uwaga, tekst zawiera spoilery ważnych elementów fabuły drugiego sezonu! Nie czytajcie, jeśli nie oglądaliście!)

Kiedy oglądałem napisy końcowe Gwiezdne Wojny: Skywalker. Odrodzenie, miałem w głowie jedną myśl – Gwiezdne Wojny, jakie znam od dziecka w wielu formach, zniknęły bezpowrotnie i zostały zastąpione przez zmarvelizowane monstrum. Z całym szacunkiem do Marvel Cinematic Universe, ale pewne motywy nie za bardzo pasują w świecie wykreowanym przez Georga Lucasa i na odwrót. Nie jest to, co prawda, miejsce na dyskusję, co nie gra w nowej trylogii od Disneya, ani jak bardzo olano, na etapie produkcji, wszystkie historie, które stworzono wcześniej. ”Disnejowska trylogia” to ewidentny przykład jak nie robić kontynuacji i co się dzieje, kiedy za pisanie scenariusza zabierają się osoby bez wiedzy o uniwersum i dla których jest ono obojętne. Mandalorianin to kompletnie inna para kaloszy.

Pierwszy sezon serialu Mandalorianin, za który zabrałem się dopiero, jak ochłonąłem po zawodzie zakończeniem sagi Skywalkerów, był jak dawno niewidziany najlepszy przyjaciel, który znienacka znowu pojawił się w moim życiu. Najpierw szok i niedowierzanie, potem ogarniające całe ciało ciepło, kiedy czułem, że wszystko jest jak dawniej. Czułem się ponownie jak małe dziecko, kiedy po raz pierwszy oglądałem pierwsze epizody (IV, V, VI) Gwiezdnych Wojen. Podczas każdego odcinka!

Już wtedy przygody Dziecka i Tego, Który Za Nim Idzie, były jedną z najlepszych i najważniejszych gwiezdnowojennych opowieści w historii, poprzeczka dla drugiego sezonu była ustawiona więc bardzo wysoko. Ekipie odpowiedzialnej za serial udała się rzecz, uważana przez twórców disnejowskiej trylogii, za niemożliwą. Stworzyli opowieść, która satysfakcjonuje zarówno weteranów sagi po 50tce, jak i jest idealnym punktem wejścia dla nowej publiki.

Moc dawno nie była tak silna - Mandalorianin, sezon drugi [recenzja]

Dwóch Mandalorian weszło do baru… – Din Djarin (Pedro Pascal) i Boba Fett (Temuera Morrison)

Gwiezdne Wojny w najczystszej postaci

Sezon drugi rozpoczyna się praktycznie w tym samym momencie, w którym zakończył się poprzedni. Pierwszy odcinek sezonu drugiego nie na darmo nazywa się Rozdział 9. Można by odnieść wrażenie, że rok od premiery poprzednika nigdy nie minął, a historia leci dalej, nieprzerwana przez proces produkcyjny. I od razu dostajemy w twarz typowym westernem i toną fan serwisu. I to nie byle jakiego – smok Krayt i wyprawa po jego perłę to nic innego, jak misja z najlepszej gry Star Wars, Knights of the Old Republic. Na dodatek pojawia się postać znana dotychczas z książek nowego kanonu (historie od czasu przejęcia marki przez Disneya), czyli Cobb Vanth, odziany w pancerz Boby Fetta. Ten przepełniony akcją, humorem i odniesieniami godzinny epizod mówił nam jedno – po udanym początku Jon Favreu, ojciec całej produkcji i główny scenarzysta, ma zamiar walić w nas z ciężkiego kalibru.

I, pomijając wypełniacz jakim był odcinek z pająkami na mroźnej planecie, tak też było. Absolutnie każdy odcinek wnosił coś nowego do historii Mandalorianina i całego świata, jednocześnie dając fanom to, co chcieli zobaczyć od lat, nawiązując przy tym do nawet takich materiałów, jak przewodniki wizualne. To stamtąd wzięto wyrzutnie rakiet w nakolannikach pancerza Boby Fetta, a sposób, w jaki odpala on rakietę ze swojego plecaka, jest nawiązaniem do starusieńkiej figurki, którą trzeba było mocno pochylić, aby z niej wystrzelić.

Moc dawno nie była tak silna - Mandalorianin, sezon drugi [recenzja]

Jak słynny łowca nagród, Boba Fett, może mieć brzuszek, to ja też. fot by Lucasfilm

Scenariusz również jest pełen dialogowych smaczków, na dodatek są one idealnie wpasowane w wątek główny, czyli poszukiwania Jedi przez głównego bohatera i rosnącego przywiązania do małego Grogu, czyli przedstawiciela rasy mistrza Yody. Rasy, która, z przylecenia samego Lucasa, pozostanie na zawsze największą tajemnicą całego uniwersum.

Co mnie bardzo zaskoczyło to poziom aktorstwa w tym sezonie. Absolutnie każdy tu dał z siebie wszystko. Giancarlo Esposito to świetny antagonista, Temuera Morrison, w roli Fetta, ma tyle samo charyzmy, co 18 lat temu, kiedy grał własnego ”ojca”, a Rosario Dawson po prostu jest Ahsoką. Najbardziej jednak zaimponowali mi Bill Burr i Pedro Pascal. Pierwszy, grając byłego imperialnego snajpera, pokazał się z kompletniej innej strony niż dotychczas. Znany z niechęci do Gwiezdnych Wojen i wulgarnego obycia komik, w scenie z imperialnym oficerem (w tej roli bezbłędnie dobrany Richard Brake), pokazał wrażliwe oblicze. Podobnie Pascal który, w momencie zdjęcia hełmu przy innych, z twardziela stał się osobą, która nie radzi sobie w towarzystwie innych ludzi. Kiedy widzimy go ponownie, również daje niezwykły popis pokazując, jak można w kilka sekund zagrać twarzą na 3 sposoby i przekazać przy tym multum emocji.

czytaj też: Mayfeld z “Mandalorianina” nienawidzi “Gwiezdnych Wojen” [WIDEO]

Moc dawno nie była tak silna - Mandalorianin, sezon drugi [recenzja]

Rewelacyjny jak zawsze Richard Brake jako imperialista do szpiku kości, Valin Hess. fot by Lucasfilm

Mam scenę w korytarzu, jak mój ojciec przede mną

Mogę spokojnie powiedzieć, że w momencie, kiedy wszyscy po raz pierwszy oglądali finał drugiego sezonu, każdemu z fanów poleciały z oczu łzy radości. Ja, co prawda, miałem zakończenie zepsute przez głupi post, który śmignął mi w trakcie przeglądania newsów (kto pisze o takich rzeczach w pół godziny po premierze odcinka!!!), nie odebrało mi to jednak przyjemności z tego, co mogłem zobaczyć i, przyznam, miałem wtedy mokre oczy i bardzo szybko bijące serce. Mowa oczywiście o jednej z najważniejszych scen od czasu Powrotu Jedi z 1983 roku. Jak nie najważniejszej, fani czekali na nią prawie 37 lat! W końcu mogliśmy ujrzeć Luke’a Skywalkera jako mistrza Jedi.

Moc dawno nie była tak silna - Mandalorianin, sezon drugi [recenzja]

Pojawienie się Luke’a Skywalkera zostanie zapamiętane tak samo, jak najsłynniejsze momenty całej sagi. fot by Lucasfilm

Nie chodzi tak naprawdę tylko o Luke’a. Dwa epizody wcześniej znany reżyser, Robert Rodriguez, dołożył swoją cegiełkę w postaci powrotu Boby Fetta w pełnej krasie i rynsztunku. Postać, w wersji live action znana głównie z jednego zdania i fajnego hełmu, w końcu dostała scenę, w której mogła pokazać swoje umiejętności. I cóż to była za scena, Rodriguez wstrzyknął w Fetta ogromną dawkę drapieżności, która idealnie pokazała że, nawet po sokach trawiennych Sarlacca, dalej jest w formie.

Fani animacji także dostali to, o czym marzyli od dawna. W trzecim odcinku pojawiła się Mandalorianka Bo-Katan Kryze, jedna z najważniejszych postaci serialu animowanego Wojny Klonów, w którą ponownie, tym razem także twarzą, wciela się Katee Sackhoff (m.in. Battlestar Galactica). Wysyła ona naszych bohaterów na spotkanie z Ahsoką Tano, uczennicą Anakina Skywalkera. Tak jak Luke, Han, Leia etc. są dziećmi Georga Lucasa, tak Ahsoka jest dzieckiem Dave’a Filoni, głównego producenta i scenarzysty wspomnianej animacji. Jeśli mam być szczery, to obawiałem się o ten odcinek. Filoni napisał i nakręcił najgorszy odcinek pierwszego sezonu, tutaj jednak pokazał pazur w obydwu aspektach. Zmiksowany western z kinem samurajskim wygląda przecudownie, nie wyobrażam też sobie lepszego przedstawienia tej postaci szerszej publiczności. Rosario Dawson to Ahsoka Tano i po Rozdziale 13: Jedi nikt już nie ma co do tego żadnych wątpliwości.

Moc dawno nie była tak silna - Mandalorianin, sezon drugi [recenzja]

Moc jest silna w całej ekipie odpowiedzialnej za serial, na zdjęciu Rosario Dawson jako Ahsoka Tano i mały Grogu. fot by Lucasfilm

Jedną z największych zalet całej produkcji jest sposób przedstawienia postaci. Biorąc pod uwagę czas ekranowy przeznaczony na każdy odcinek i fakt, że większość bohaterów pojawia się na chwilę, zdumiewające jest, jak bardzo dobrze są scharakteryzowane. Wiemy o nich wystarczająco wiele, by wiedzieć kim są i jakie są ich motywacje i na tyle mało, że chce się wiedzieć więcej. Mam tu na myśli całkowicie nowe postaci, jak i starych weteranów serii.

Właściwi ludzie na właściwym miejscu

Wszystko to nie byłoby możliwe, gdyby nie fakt, że cała ekipa zaangażowana w projekt, od dźwiękowców przez aktorów do reżyserów, to fani uniwersum. Taki też był wymóg twórcy, Jona Favreu.  Widać to na absolutnie każdym kroku. Świetnym przykładem jest Robert Rodriguez. W pre-produkcji nakręcił on wraz z synami całą scenę akcji z Bobą Fettem, wykorzystując przy tym figurki i zabawkowe hełmy bohaterów. Bardzo nieśmiało zaniósł filmik do głównodowodzących projektem, Jona Favreu i Dave’a Filoni, którzy, jak małe dzieci, zaczęli z chichotem komentować klasyczne figurki. Jak sam Rodriguez twierdzi, pierwszy raz od dawna poczuł się, ze swoją miłością do uniwersum, jak w domu.

I nie tylko on, dla każdego członka ekipy spełnieniem marzeń było uczestniczenie w tworzeniu prawdziwej, gwiezdnowojennej magii. Jeśli nie wierzycie mi na słowo, to polecam obejrzeć ponad godzinny dokument Mandalorian: Making of Season 2, który również dostępny jest na platformie Disney+. Jest on pełny takich historii czy innych smaczków, pokazujących szacunek, jaki wszyscy mają do materiału źródłowego. U wielu osób widać nawet charakterystyczny błysk w oku, kiedy tylko mają szansę mówić o Gwiezdnych Wojnach. Absolutnym hitem są sami Jon Favreu i Dave Filoni – ich fanowska miłość do mitologii naszych czasów bije od nich blaskiem jaśniejszym od ekranów ledowych wykorzystywanych przy całej produkcji. Widać to w tym, jak mówią i jak piszą.

Światełko w tunelu

Tak, wiem. Same ochy i achy, ale, jako fan, nie potrafię inaczej. Disnejowska trylogia, pomimo posiadania kilku bardzo fajnych elementów, była wielkim rozczarowaniem nie tylko dla mnie. Na dodatek podzieliła fandom na pół i doprowadziła do bardzo toksycznej, internetowej wojny między dwoma obozami.

Mandalorianin skutecznie to naprawił już pierwszym sezonem, drugi wniósł serial na wyżyny nie tylko gwiezdnowojenne, ale i telewizyjne. Doprowadził fanów do płaczu, okrzyków radości i niedowierzania w to, co widzieli na ekranach. I w tym tkwi największy sukces serialu – nie tylko udowodnił, że pełnoprawne produkcje z tego świata mają swoje miejsce w formacie telewizyjnym, ale i pokazał, że Gwiezdne Wojny dalej potrafią być innowacyjne. I, co najważniejsze, dalej potrafią bawić każdego, niezależnie od wieku, płci czy koloru skóry.

Przygody Din Djarina i małego Grogu to najlepsze, co przydarzyło się uniwersum od czasów starej trylogii i, oficjalnie, jeden z najlepszych seriali. Finałowy epizod jest, z oceną 9.9, jednym z najlepiej ocenianych odcinków w historii portalu IMDB. Są też świadectwem tego, co ma nadejść. Disney w końcu znalazł złoty środek, który zadowoli wszystkich – weteranów i nowicjuszy. Przez szacunek i miłość do Gwiezdnych Wojen udało się stworzyć coś niezwykłego – serial, który dumnie może stać obok Imperium Kontratakuje, trylogii Thrawna i wielu innych ukochanych historii z tego świata. Na dodatek broni się jako osobne dzieło i wprowadzenie do pozostałych opowieści z odległej galaktyki.

Gwiezdne Wojny od dawna nie były tak dobre.

ps. Da się J.J. Abramsie i Kathlynn Kennedy? No pewnie, że tak. Wiary w siebie trochę mieć wystarczy. 

czytaj też: Pancerz jak druga skóra – kim są Mandalorianie?

Moc dawno nie była tak silna - Mandalorianin, sezon drugi [recenzja]

Tłumaczenie porażek disnejowskiej trylogii przez JJ Abramsa nie zestarzało się zbyt dobrze.

Szymon Czaja
Gracz od czasów Amigi 500 i Desert Strike. Pasjonat Gwiezdnych Wojen i wszystkiego co science fiction - od kampowego pulpu w stylu ''Morderczych pomidorów z Marsa'' do hard science fiction. Nie pogardzi też dobrym i mrocznym fantasy. Warhammer 40000 to, według niego, najlepszy world building w historii gier. Nie lubi używać liczb ani gwiazdek do oceniania rzeczy. Wyznawca mantry ''for gamers by gamers'', nie napisze recenzji, póki nie skończy gry i powie wprost, jak mu się coś nie podoba. Dalej czeka na ekranizację Thorgala i Szninkla i porządną wersję legend arturiańskich, żeby chociaż na chwilę mógł zapomnieć o Excaliburze, którego widział setki razy.

    Mogą Ci się spodobać

    Więcej w kategorii Recenzja