GamingRecenzja

Dwa kroki w przód, jeden do tyłu – recenzja Watch Dogs: Legion (PS4)

-

13 min czytania

Po porażce jaką był na starcie Ghost Recon: Breakpoint, Ubisoft postanowił przesunąć premiery wszystkich swoich największych gier o ponad rok. Watch Dogs: Legion to pierwsza z nich.

(Egzemplarz gry do recenzji zakupiliśmy we własnym zakresie)

Powiedzmy to sobie szczerze – Tom Clancy’s Ghost Recon: Breakpoint, albo jak nazywają ten tytuł gracze Breaking Point, był tragiczny w momencie premiery. Po świetnym i klimatycznym GR: Wildlands dostaliśmy nie dość, że tytuł wypruty z tożsamości, to, na dodatek, był pełen błędów i absurdalnych pomysłów. Kto by pomyślał, że w hardkorowej taktycznej strzelance trzeba było zmieniać ten sam model broni, bo nowy miał +5 do obrażeń. O mikrotransakacjach, które pozwalały na pominięcie prawie wszystkich aktywności nie wspomnę. Zawiodłem się ja i wszyscy wychowani na grach sygnowanych imieniem autora Polowania na Czerwony Październik. Ubisoft jednak, w porównaniu do EA, wziął do serca krytykę graczy i zabrał się do naprawy popsutej produkcji. A reszta tytułów , zapowiedzianych na rok 2019 zaliczyła ponad roczną obsuwę, aby lepiej je dopracować, biorąc pod uwagę oczekiwania graczy.

Breakpoint na dzień dzisiejszy działa i daje dużo frajdy. Doszliśmy też do momentu, kiedy zaczynają się pojawiać długo oczekiwane kontynuacje znanych serii. Jedną z nich jest Watch Dogs: Legion, trzecia część opowieści o międzynarodowej grupie hakerskiej DeadSec. Czy warto było czekać? Czy większa ilość czasu, przeznaczona na dopracowanie gry, się UBI opłaciła? I tak i nie. Albo inaczej, Legion to świetny tytuł, momentami wręcz rewelacyjny, który mogę zdecydowanie polecić każdemu, kto lubi gry z otwartym światem. Jeśli jednak szukasz głównie fabuły, która cię porwie i zapadnie w pamięć to szukaj dalej. Analizę największej wady zacznijmy od bardzo klimatycznego trailera, który bardzo zaostrzył mi apetyt na tę produkcję.

 FABUŁA

Wygląda świetnie, prawda? Bardzo mocna inspiracja Rokiem 1984 George’a Orwella, w połączeniu z serialem Black Mirror, zapowiadała się co najmniej interesująco. Przypomnijmy najpierw o co w tej serii chodzi.

Trylogia Watch Dogs opowiada nam o dystopijnym, lustrzanym odbiciu naszego świata. Rzeczywiste wydarzenia mieszają się ze scenariuszem o całkowitej kontroli społeczeństwa przez elity za pomocą ctOS, centralnego systemu operacyjnego, który ma wgląd w każdy aspekt naszego życia. Nieważne gdzie jesteśmy i co robimy. Na straży wolności osobistej stoi DeadSec – grupa hakerów i aktywistów, z cienia walcząca z korporacjami i innymi jednostkami wykorzystującymi nowinki technologiczne do własnych celów.

Część trzecia przedstawia nam londyński oddział tej grupy, w dzień, w którym główny antagonista gry, Zero-Day, wrabia DeadSec w serię zamachów terrorystycznych. Hakerzy stają się wrogami publicznymi numer jeden, a za utrzymanie porządku w mieście zaczyna odpowiadać  prywatna grupa paramilitarna Albion. Przekształca ona Londyn w miasto pod stałym nadzorem – podłączenie do głównej sieci jest obowiązkowe, nad głową latają ciągle drony i nie znasz dnia ani godziny, kiedy dostaniesz pałką w plecy za coś czego, najprawdopodobniej, nie zrobiłeś.

Kilka miesięcy później DeadSec praktycznie nie istnieje. Na scenę wkraczamy ”my” (czemu dałem tu cudzysłów wyjaśnię za chwilę), czyli postronna osoba zrekrutowana pewnego dnia przez pozostałą przy życiu agentkę DS. Po uruchomieniu Bagley’a, sarkastycznej AI pomagającej hakerom, dostajemy swoje pierwsze duże zadanie – odbudować zespół i wyzwolić Londyn. Całkiem nieźle jak na gościa wziętego prosto z ulicy. W tym momencie do naszej dyspozycji zostaje oddany najbardziej reklamowany element tej produkcji czyli ”Graj Każdym”. I, podczas gdy czyni cuda dla rozgrywki, jest on głównym powodem, przez który fabuła jest co najwyżej średnia.

legion

Każda postać w grze ma pracę, biografię, przyjaciół i małe grzeszki.

Możliwość grania każdą postacią powoduje, że gra nie ma głównego, centralnego bohatera. Nie ma przygotowanej dla takiej postaci ścieżki dialogowej, drogi, którą musi przebyć etc. Powiem szczerze, że strasznie mnie to raziło przez cały czas trwania rozgrywki. Czyj to był pomysł, aby tak napisać scenariusz? Jak można nie zdawać sobie sprawy, że, przez brak postaci, z którą możemy się utożsamiać i jej kibicować, jesteśmy całkowicie oderwani od tego co się dzieje fabularnie na ekranie? Na dodatek same postaci są kompletnie bez charakteru i nie mają nic wartościowego do powiedzenia. Ich jedyny ”charakter” to ciuszki, w które je ubierzemy i specjalne umiejętności. Mamy oczywiście bardziej rozbudowane postaci poboczne, ale zarówno na naszych pomocnikach, jak i antagonistach nam po prostu nie zależy. Postaci po prostu do nas mówią, a agent, którym akurat kierujemy, coś tam odburknie dwoma zdaniami. Mam też jedną prośbę – czy możemy już skończyć z sarkastyczną sztuczną inteligencją? Bagley ma momentami tak żenujące i sztampowe dla AI żarty, że uszy potrafią się same zawijać do środka. Lepszym rozwiązaniem byłoby, biorąc pod uwagę, że go restartujemy, żeby uczył się ”życia” i humoru od nowa. On nawet mógłby być centralnym bohaterem.

Pomimo tego uważam fabułę trójki za najlepszą z całej serii. Pierwsza część była bardzo poważna, druga za bardzo hipsterska, wesoła i kolorowa. W WD:Legion twórcy osiągnęli idealny balans pomiędzy tymi dwoma elementami. Tytuł dotyka też wielu poważnych problemów: deportacje, obozy dla imigrantów, eksperymenty na i handel ludźmi etc. Za wszystko odpowiedzialni są nasi zwyrole, niestety, podobnie jak o sytuacji w Londynie, najwięcej dowiemy się o nich z hakowanych listów, komputerów etc. Zdecydowanie za mało przerywników filmowych. Co krok zapominałem, kto jest szefem gangu albo jak zachowuje się szef Albionu. Przez to naprawdę ciężko było mi przejmować się życiem elektronicznych mieszkańców miasta. Dodam, też fabuła rozkręca się w trzecim akcie i nabiera lekkich rumieńców, nie ratuje to jednak oceny całości.

Dobra, ponarzekałem, teraz czas się pozachwycać. Bo jest czym.

legion

Automatyczne auto, jeden z najfajniejszych pojazdów w grze. Ktoś sie naoglądał Raportu Mniejszości

GAMEPLAY

W tym aspekcie gra przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Przez 1/3 czasu rozgrywki bawiłem się średnio, misje były prościutkie. W pewnym momencie jednak gra dość mocno zwiększa poziom trudności, co, w połączeniu z większą ilością zrekrutowanych agentów, daje pole do popisu każdemu lubującemu się w skradankach. Wyobraź sobie coś takiego: cel twojej misji znajduje się na budowie, masz trzy wyjścia – wziąć płatnego zabójcę i wjechać z kopyta, zakraść się hakerem, albo wybrać kogoś z ekipy, kto jest budowlańcem. Taka osoba bez problemu wejdzie na teren takiej misji i strażnicy staną się podejrzliwi dopiero, jak podejdziemy bliżej. To może brzmieć bardzo prosto na papierze, bo przecież Agent 47 może zrobić to samo. “Graj Każdym” sprawia jednak, że faktycznie czujemy, że te postaci to zespół wyspecjalizowanych osób, a zmiany możemy dokonać w każdym momencie. Dochodzi też tu dodatkowy, opcjonalny element – permanentna śmierć. I tak powinno się w ten tytuł grać. Jest to całkowita nowość w tego typu grach i, razem z możliwością rekrutacji każdego, tworzy z Legiona ciekawą wariację na temat gier XCOM. Naprawdę polecam włączyć tą opcję już na samym początku.

Samo skradanie, strzelanie, korzystanie z gadżetów i hakowanie też stoi na wysokim poziomie. Nic dziwnego, za tytuł odpowiada twórca serii Splinter Cell i dyrektor kreatywny jej najlepszej części, Clint Hocking. Gadżety wiodą tu prym, zwłaszcza uroczy pajączek, który pozbywa się wrogów oplatając ich głowy jak facehugger z Obcego. Jest to twój najlepszy przyjaciel przez całą grę, którego odblokujesz już na samym początku. Oprócz pająkobota do dyspozycji są drony normalne i bojowe, różne nieśmiercionośne bronie, kamuflaże czy wzmocnienie broni białej. Niby wydaje się mało, jak patrzy się na ekran wyboru, ale w połączeniu z różnorakimi perkami i umiejętnościami specjalnymi agentów daje duży wybór. Co powiesz na pszelarza, który potrafi sterować rojem nanopszczół? A może zainteresuje spec od dronów, który przyzwie ich nalot? Na pewno w każdym składzie znajdzie się szpieg i zabójca, wzorowani odpowiednio na Jamesie Bondzie i Johnie Wicku, ze domyślnym stylem ubioru i walki włącznie. Różnice możemy nawet zauważyć w sprawności i sposobu, w jaki dana osoba walczy. Osoba w podeszłym wieku będzie nieporadnie biegać, przeskakiwać przez poręcze i walczyć. Kibole walczą brutalnie, a taka tancerka break dance’u będzie miała najbardziej widowiskowy styl walki wręcz. Jeśli chodzi o rozgrywkę, ”Graj Każdym” sprawdza się na każdej linii i jest bardzo nowatorski. Szkoda tylko, że cierpi przez niego fabuła, wygląd i zachowanie postaci naszych agentów.

Jest pewien element do którego teraz sie dość mocno przyczepię – mechanika jazdy. Jak to jest UBI, że od kilku lat wspominamy wam, jak bardzo słabe jest sterowanie pojazdami. Już w Watch Dogs 1 tak było, a w międzyczasie wyszły przecież Wildlands, Watch Dogs 2 i Breakpoint, każde z podobnym problemem. Ciężko mi uwierzyć, że to aż tak trudne, jak nawet w grach indie twórcy potrafią to zrobić znacznie lepiej. Skutecznie pozbawiło mnie to chęci sprawdzenia różnych pojazdów i po mieście poruszałem się skuterem kuriera, starymi autami i automatycznym pojazdem kołowym rodem z Raportu Mniejszości, z racji prędkości i cięższego sterowania jeździło mi się nimi najlepiej. Próba jazdy pozostałymi kończyła się niekontrolowanym wężykiem i wjeżdżaniem w innych co chwilę. Tak bardzo poprawiono pozostałe elementy gameplay’u, że pominięcie jednego z najważniejszych aspektów gry z otwartym światem, czyli poruszania po nim, woła o pomstę do nieba.

Legion

Jak to w grach ubisoftu bywa, miasto jest rewelacyjnie odwzorowane i zaprojektowane.

PODSUMOWANIE I KWESTIE TECHNICZNE

Kiedy pierwszy raz uruchomiłem nowe Watch Dogs, powiedziałem wow. Londyn wygląda zachwycająco i jest tak dokładny, że udało mi się znaleźć niektóre ukryte miejsca, do których chodziłem po pracy na piwko i papieroski. Jak zobaczyłem moje ukochane Camden Town, to przyznam, że zakręciła mi się łezka w oku przez wspomnienia. Mogę potwierdzić słowa brytyjskich recenzentów, że jeśli kiedykolwiek było się na dłużej w angielskiej stolicy, to bez problemu odnajdziecie się bez mapy. Oczywiście nie jest to skala 1:1 i miasto jest wzbogacone o odpowiednio futurystyczne elementy, ale wszystko spaja się w ładną całość, która do złudzenia przypomina rzeczywiste miasto. Wracając do wspomnianych futurystycznych elementów – gra  pokazuje nam jak może wyglądać przyszłość z dronami. I jest to widok przerażający – w powietrzu nad naszymi głowami jest taki sam ruch jak na ulicy, wszędzie latają drony pocztowe, policyjne pościgowe i prewencyjne, dziennikarskie i użytkowe. W najbardziej ruchliwych częściach Londynu przypomina to wręcz rój. Równie straszną wizją jest moment jak dron policyjny zaczyna kogoś skanować – nagle z powietrza podlatuje blisko ciebie głośna i groźnie wyglądająca maszyna, wykrzykująca do ciebie rozkazy ”nie ruszaj się!” etc. Warto się zastanowić, widząc różne sytuacje w grze, gdzie wykorzystywane są drony, czy naprawdę jest to przyszłość do jakiej chcemy zmierzać.

Ubisoft przyzwyczaił nas już, że ich światy to w takim samym stopniu gwiazdy produkcji co główny bohater i historia. I nie jest tutaj inaczej.  Z jednym małym ”ale”. Po pierwszym godzinach z tytułem zacząłem zauważać jak bardzo ograniczona została grafika, aby wszystko pięknie śmigało. I śmiga, jest to jedna z najlepszych optymalizacji w dniu premiery, w jakie grałem. Wszystko chodzi płynnie, nawet przy większych zadymach nie ma problemu ze spadkiem ilości wyświetlanych klatek. wyjść do systemu nie doświadczyłem żadnych. Jest parę gliczy tu i tam, są one jednak do naprawienia i nie było w grze niczego, co skutecznie zabijało przyjemność z rozgrywki. Zaznaczę, że grałem na bazowym PS4, co dodatkowo mnie zaskoczyło. Widać jednak czemu tak jest – odległość rysowania detali jest bardzo bliska, przez co momentami  w, dosłownie ostatniej chwili, widzimy pojawiające się normalnie tekstury czy wyrastające znikąd elementy otoczenia. I bardzo mnie to dziwi, inny tytuł Ubisoftu, który ogrywam właśnie do recenzji (też na PS4) jest grą znacznie większą i bogatszą graficznie, a wygląda lepiej i chodzi tak samo płynnie. I jest na tym samym silniku. Jest to jednak kwestia platformy, na której grałem. Wersja pecetowa olśniewa przy włączonym RTX-ie, którego stała się najlepszym sprzedawcą na ten moment. Jeśli grasz na pececie, możesz spokojnie o tym akapicie zapomnieć.

Koniec końców Watch Dogs: Legion to bardzo fajny i rozbudowany tytuł. Jeśli chodzi o frajdę z grania, to dostałem tego bardzo dużo. Nawet fabuła, będąca gdzieś tam daleko z boku, tak ważna w jakiejkolwiek opowieści, nie przeszkodziła mi w zabawie. Fakt, że możemy grać każdym npc-em (non playable character) jest nowatorski ale nie do końca przemyślany – cierpi przez niego scenariusz, postaci samych agentów, nie tylko charakter, ale i wygląd. Grając npc-em wyglądamy jak npc, a nie jak pierwszorzędny bohater, który zawsze jest zaprojektowany z większą ilością detali. Podobnie głos i mimika twarzy, momentami wygląda to jak sprzed 10-lat (poza efektami oczywiście, nie jest też tak podczas przerywników).

Może to wyglądać jakbm strasznie jechał po całym tytule i był niezadowolony. Wręcz przeciwnie. Przez cały czas, jak sterowałem którymś agentem, bawiłem się świetnie. Jest to typowy przykład gry w stylu ”you make your own fun”, a taka struktura nie każdemu przypadnie do gustu. Mi przypadła, i to bardzo. Widać, że nowe ”psy strażnicze” mają dużo przemyślanych i powiązanych ze sobą systemów, nad którymi studio Ubisoft Toronto siedziało bardzo długo. Fajnie by było, jakby następnym razem posiedzieli trochę dłużej nad scenariuszem. To idealny krok naprzód dla serii, która w końcu znalazła właściwy dla siebie ton. Oby tak dalej, Ubisoft, to jeszcze nie do końca to, ale bardzo dobrze wam idzie. Teraz weźcie, to co najlepsze z  tego tytułu i zróbcie nowego Splinter Cell-a, najwyższa pora aby Sam Fisher powrócił na dobre.

Przy okazji, że jesteśmy przy Ubisofcie – zapraszam serdecznie jutro na godzinę 20 na nasz kanał na Twitchu. Będę tam streamował do minimum 6 rano Assassin’s Creed: Valhalla. Pokazać możemy naprawdę dużo, a i tak jest to ułamek tego, co gra ma do zaoferowania. Odpowiem też, w miarę możliwości, na wszystkie pytania związane z kolejnym odcinkiem tasiemca o Bractwie w bieli. Do zobaczenia!

Szymon Czaja
Gracz od czasów Amigi 500 i Desert Strike. Pasjonat Gwiezdnych Wojen i wszystkiego co science fiction - od kampowego pulpu w stylu ''Morderczych pomidorów z Marsa'' do hard science fiction. Nie pogardzi też dobrym i mrocznym fantasy. Warhammer 40000 to, według niego, najlepszy world building w historii gier. Nie lubi używać liczb ani gwiazdek do oceniania rzeczy. Wyznawca mantry ''for gamers by gamers'', nie napisze recenzji, póki nie skończy gry i powie wprost, jak mu się coś nie podoba. Dalej czeka na ekranizację Thorgala i Szninkla i porządną wersję legend arturiańskich, żeby chociaż na chwilę mógł zapomnieć o Excaliburze, którego widział setki razy.

    Mogą Ci się spodobać

    Więcej w kategorii Gaming