Od redakcjiPodróże

Incydent Tripowy: O tym, jak w drodze na winobranie trafiliśmy na imprezę Sufi i zostaliśmy uratowani przez Omara

13 min czytania

Incydent tripowy, to cykl o podróżach autostopem i związanych z nimi historiami. Czasem przypałowymi, a czasem pięknymi. W pierwszej jego części wprowadzę Cię w autostopowy świat oraz opowiem, jak to się stało, że jadąc na winobranie do Francji, wylądowałam na imprezie Sufi, w szkole na obrzeżach niemieckiego miasta.

Nie od zawsze ciągnęło mnie do podróżowania. Morze zobaczyłam pierwszy raz w wieku 20 lat, kiedy przyjechałam wraz ze znajomymi na Opener’a do Gdyni. W góry też specjalnie nie jeździłam. Zresztą, jeśli idzie o góry, to jestem akurat tego typu osobą, która lubi je co najwyżej dookoła siebie mieć i oglądać widoki ze szczytów. Z wchodzeniem na nie już niezbyt się lubimy. Swoje nastoletnie lata spędzałam więc raczej w niedalekiej odległości od domu. Przełomowy okazał się rok 2016, kiedy to dodałam się do kilku grupek podróżniczych. Już samo czytanie o wyczynach innych ludzi było super, ale w końcu sama postanowiłam się gdzieś wybrać.

Pierwsza daleka podróż, przyznam szczerze, że nie do końca była na stopa. I nie do końca była spektakularna. Na Facebooku funkcjonuje grupa, na której zawodowi kierowcy ogłaszają się z propozycjami darmowych przejazdów. Można tam też zapytać, czy ktoś gdzieś przypadkiem nie jedzie i się z nim zabrać. Tak też zrobiłam pewnego majowego wieczora i o 1 w nocy byłam już na trasie do Włoch. Oprócz widoków z okna nie zobaczyłam nic. Ale przynajmniej miałam pierwsze pseudodoświadczenie na stopa, co dało mi około +20 do odwagi.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Gosia (@mchuchel)

Dwa tygodnie po powrocie z tej średnio udanej wycieczki, pojechałam na kolejną wyprawę, z bardziej doświadczoną koleżanką. I później jakoś to już poszło. Na stopa na festiwale, na winobranie, na wycieczkę, aż w końcu wylądowałam nawet w Wietnamie, gdzie mieszkałam i podróżowałam łącznie przez ponad pół roku. Ale o tym kiedy indziej.

Długa droga do Francji

Był rok 2017, kiedy za namową znajomych pokusiłam się na drugie w mojej karierze winobranie. A namówić mnie było ciężko. Choć praca na francuskich polach jest marzeniem wielu włóczykijów, a turyści z Chin masowo zjeżdżają się tam we wrześniu, żeby obserwować cały proces i robić miliony zdjęć, mi się tam za bardzo nie spieszyło. Wszystko za sprawą winobrania, które dane mi było przeżyć dwa lata wstecz. I nie zagłębiając się w szczegóły – było ono obozem pracy w pełnej krasie i postanowiłam sobie wtedy, że nigdy więcej. Perspektywa sprawdzonej miejscówki oraz tego, że jedzie tam około 15 znajomych twarzy, jakoś mnie jednak przekonała.

W podróż ruszyłam z zaprzyjaźnionym rodzeństwem – Pawłem i Anią. Mieliśmy na dotarcie ponad tydzień, więc niestraszne nam było stopowanie we trójkę. Po drodze zaliczyliśmy nawet największe święto wina w Polsce, które rokrocznie odbywa się w Zielonej Górze. Kiedy w końcu udało nam się wyjechać poza granice państwa, zaczęły się schody. Jakimś cudem zamiast na południu Niemiec znaleźliśmy się pod holenderską granicą. Ze stacji benzynowej zgarnął nas Mathias i choć miał nas wysadzić gdzieś na trasie, to tak się z nami dobrze dogadywał, że zaprosił nas do siebie do domu na noc. Do tej pory pamiętam tego dobrego człowieka, który na drugi dzień wioząc nas na wylotówkę, koniecznie chciał, żebyśmy spróbowali wszystkich holenderskich przysmaków, które dało się dostać na stacji. Ostatecznie pożegnaliśmy się z bólem serca i zaczęliśmy łapać stopa. Wtedy też zorientowaliśmy się, że jesteśmy na złej wylotówce i zaczęły się schody.

Holenderski koszmar

Byliśmy w miejscowości Arnhem, a właściwie na je obrzeżach. Trochę na piechotę, a trochę autobusem dotarliśmy w końcu na jej drugi koniec. Zadowoleni i trochę już zmęczeni zaczęliśmy łapać stopa w stronę Francji. Jakież było nasze szczęście, kiedy samochód zatrzymał się koło nas dosłownie po kilkunastu sekundach! A jeszcze większe było zdziwienie, kiedy okazało się, że to policjant po tajniaku, który dostał zgłoszenie, że na kamerach zauważono 3 osoby łapiące stopa w niedozwolonym miejscu.

Mój kolega Paweł, który zawsze stara się zachować uśmiech nawet w fatalnych sytuacjach, zaczął mu opowiadać, co tu robimy i że niedawno był w Hiszpanii. Czemu wspomniał wtedy o swojej ostatniej podróży? Do tej pory nie mam pojęcia, ale pana policjanta niezbyt zainteresowała jego opowieść i kazał nam się przenieść w inne miejsce, dodając, że jeśli tu wrócimy, to już nie będzie tak miło. Poszliśmy więc za jego radą i przeszliśmy do innego, mniej korzystnego miejsca. Zabrał nas stamtąd jakiś młody chłopak i wylądowaliśmy na kolejnej stacji.

Stacja ta była jedną z najgorszych, na jakiej dane mi było łapać stopa. O ile nie najgorszą. Najpierw ktoś udawał, że chce nas przejechać (bo to przecież takie zabawne hehe), następnie w naszą stronę skierowana została spora ilość środkowych palców z autobusu pełnego młodych ludzi. Na końcu celowo zostaliśmy ochlapani wodą z kałuży. Zrezygnowani usiedliśmy na krawężniku i zastanawialiśmy się co dalej. W międzyczasie dosiadł się do nas węgier, który również utknął na tej stacji i tak sobie siedzieliśmy i myśleliśmy już we czwórkę. W pewnym momencie tuż obok nas zatrzymał się samochód. Podeszliśmy więc do niego ze standardowym pytaniem “dokąd Pan jedzie”. Młody mężczyzna, który siedział za kierownicą, powiedział, że jedzie do Niemiec i możemy się z nim zabrać, jeśli chcemy. Jako że chcieliśmy już po prostu wydostać się z miejsca, w którym byliśmy, wsiedliśmy całą czwórką do jego wozu i ruszyliśmy z powrotem do Niemiec.

Pomyłka Omara

Po drodze dowiedzieliśmy się, że mężczyzna ma na imię Omar, pochodzi z Turcji i jedzie na spotkanie religijne w Düsseldorfie. Powiedział też, że niestety, ale nie może nas tam zaprosić oraz że rano jedzie do Brukseli i jeśli nikt nas do tego czasu nie zabierze, to może nas jeszcze kawałek podrzucić. Było już późno, więc ustaliliśmy, że pojedziemy z nim do końca trasy, prześpimy się gdzieś w namiotach i z samego rana pojedziemy dalej. Kiedy nawigacja zaczęła pokazywać, że jesteśmy w pobliżu miejsca docelowego, Omar zaczął być niespokojny. Powiedział, że to miejsce w ogóle nie przypomina tego, gdzie zwykle odbywało się ich spotkanie. Po chwili dotarło do niego, że co prawda jesteśmy na dobrej ulicy, ale w złym mieście.

Spotkanie odbywało się 70 kilometrów dalej, w Dortmundzie. W tym momencie nasz węgierski kolega spanikował. Podejrzewam, że było to spowodowane narodowością, czy też odcieniem skóry naszego kierowcy. Chłopak zaczął mówić, że chce, aby go odwieźć na dworzec, że mieszka tu jego brat i że nie chce dalej z nami jechać. Omar odstawił go więc w centrum i zmartwiony zapytał, czy my też chcemy wysiąść, czy się nie boimy i czy jedziemy z nim dalej. Nie mieliśmy nic do stracenia, a on sam był naprawdę przyjaznym facetem, więc ruszyliśmy w dalszą drogę.

Dotarcie do celu podróży Omara

W trakcie kolejnej godziny trochę sobie pogadaliśmy i kiedy już dojeżdżaliśmy do miejsca docelowego, powiedział nam, że zapyta, czy możemy wejść na teren imprezy. Bo okazało się, że jest to jednak mała religijna impreza. Problematyczne byłyśmy ja i Ania, ponieważ jako kobiety mogłyśmy być niemile widziane. Przyznam się, że kiedy zajechaliśmy na miejsce, byłam pełna uprzedzeń i trochę wystraszona. Przed budynkiem szkoły, w którym miało miejsce spotkanie, stało mnóstwo mężczyzn. Omar uspokoił nas, mówiąc że dla kobiet przeznaczona jest osobna przestrzeń. Po uzyskaniu zgody na wejście na teren szkoły rozdzieliliśmy się.

Ta podróż miała miejsce w 2017 roku, kiedy miałam 21 lat, małe doświadczenie i mnóstwo uprzedzeń. W telewizji Muzułmanie zawsze przedstawiani są w złym świetle i taki też ich obraz miałam niestety utrwalony w głowie. Pocieszający był jednak fakt, że Ania zdawała się być pełna optymizmu i nie wyglądała, jakby czegoś się bała. Zakryłyśmy włosy chustami i ruszyłyśmy w stronę namiotu, gdzie kilka kobiet w hidżabach gawędziło sobie w najlepsze. Chciałyśmy kupić u nich herbatę i zapytać co tu się dzieje i czym mogłybyśmy się do rana zająć. Kobiety były bardzo zaskoczone naszymi odwiedzinami, opowiedziałyśmy więc pokrótce, skąd się tu wzięłyśmy. Uradowane poczęstowały nas herbatą i zaprosiły do wnętrza budynku. W środku znajdowały się same kobiety w różnym wieku oraz małe dzieci obu płci biegające radośnie dookoła nas. Wzbudziłyśmy dosyć spore zainteresowanie swoją obecnością, ale w końcu udało nam się dotrzeć do głównej sali. Tam też zostałyśmy wspaniale ugoszczone.

Przy stole z kobietami, z którymi spędziłyśmy cały wieczór.

Jedno z nielicznych zdjęć, które zrobiłam w trakcie spotkania.

Przebieg spotkania

Dostałyśmy przepyszne jedzenie, a im więcej kobiet dowiadywało się o naszym przybyciu, tym więcej dosiadało się ich do naszego stolika. Były niesamowicie zszokowane naszym stylem życia. Tym, że jeździmy na stopa, tym, że Ania spędziła kilka miesięcy w Azji zupełnie sama. W ich kulturze jest co coś nie do pomyślenia. Zostałyśmy oprowadzone po całym budynku. Mężczyźni nie mieli wstępu do części przeznaczonej dla kobiet, jednak one mogły oglądać na żywo transmisje z wykładów, które odbywały się dosłownie za ścianą. W trakcie zwiedzania, dołączyła do nas polka, która na Sufizm przeszła już dobre paręnaście lat temu. Wytłumaczyła nam, na czym polega ich wiara, w żadnym wypadku nie przekonując nas w tym czasie na przejście na nią. Zabrała nas również do biblioteki, gdzie otrzymałyśmy po małej próbówce ze świętą wodą, która podobno spełnia życzenia. Wystarczy je pomyśleć, a następnie wodę wypić.

Po powrocie na główną salę spędziłyśmy jeszcze kilka godzin na rozmowach z kobietami, wymieniając się historiami z życia. Do snu ułożyłyśmy się dopiero nad ranem, ze świadomością, że za chwilę musimy wstać i ruszać dalej w trasę. We Francji musieliśmy znaleźć się do wieczora, a do miejsca docelowego zostało nam niemalże 600 kilometrów. Co na stopa jest dosyć sporym dystansem. W trakcie, gdy my próbowałyśmy zasnąć, dookoła naszego posłania tańczyły dziewczyny. Nie zastanawiałyśmy się już za bardzo, co te tańce oznaczają i zmęczone poszłyśmy spać. Obudziły nas dochodzące z głośników nawoływania do modlitwy “Allahu Akbar”.

Dojazd na winobranie

O godzinie 6 rano spotkaliśmy się wszyscy przy samochodzie i ruszyliśmy w dalszą trasę. Omar wybierał się na wystawę samochodów do Brukseli. Wyrzucił nas więc na stacji benzynowej, skąd dalej mieliśmy łapać stopa do Francji. Podziękowaliśmy Omarowi za możliwość skorzystania z gościny oraz pomoc, po czym nasze drogi się rozeszły. Tak przynajmniej myśleliśmy.

Przez 5 godzin udało nam się ujechać zaledwie 70 kilometrów. Szanse na dotarcie na winobranie na czas były w zasadzie zerowe. W międzyczasie zadzwonił do mnie Omar z pytaniem, jak nam idzie. Oznajmił, że już wraca z wystawy i po drodze zatrzyma się na stacji, na której obecnie jesteśmy i jeżeli nadal na niej będziemy to nas z niej zabierze. Nie chcieliśmy nadużywać jego dobroci, więc grzecznie starałam się odmówić i powiedzieć, że nie trzeba. Ten odparł, że tak czy inaczej, przejedzie przez tę stację, najwyżej nas na niej już nie spotka, jeśli zabierzemy się z innym kierowcą. Jednak totalnie nikt nie chciał się zatrzymać. A naprawdę się staraliśmy.

droga do francji

My podczas starania się

Około godziny 15 na stację wjechał Omar, oznajmiając, że zawozi nas do Francji. Nie mogliśmy uwierzyć własnym uszom. No bo niby dlaczego? Przecież ledwo co nas znał. Co prawda zdarza się, że kierowcy nadrabiają trochę kilometrów, żeby dowieźć stopowicza na miejsce docelowe. Ale przejechanie łącznie ponad 1200 kilometrów w dwie strony w przysłudze obcym osobom, to coś, w co ciężko uwierzyć. Jednak Omar chciał nas zawieźć, przy czym zaznaczył, że po drodze trzeba będzie go zmienić za kierownicą, bo jest trochę zmęczony, na co Paweł z chęcią przystanął. Ruszyliśmy więc w długą podróż z naszym wybawicielem, nadal nie do końca mogąc uwierzyć w to, co się właśnie dzieje.

Nic nie dzieje się przypadkiem

Po drodze sporo rozmawialiśmy i dopiero wtedy dowiedzieliśmy się, że poprzedniego wieczora Omar wcale nie zatrzymał się obok naszej czwórki, bo chciał nas zabrać. Sam dokładnie nie wiedział, czemu tam stanął, ale skoro już podeszliśmy i byliśmy w potrzebie, to postanowił, że nam pomoże. Wytłumaczył nam również, że według jego wiary nic nie dzieje się przez przypadek. Opowiedział też, że przez wiele lat namawiał swoją rodzinę, aby udali się z nim na spotkania Sufi. Jednak ci wyznają nieco bardziej rygorystyczną wersję Islamu i nigdy mu się to nie udało. To, że obcy ludzie zgodzili się z nim tam wybrać, nie bali się, a w dodatku im się podobało, potraktował jako znak. I z tego względu postanowił pomóc nam dotrzeć do celu. I z ręką na sercu, gdyby nie Omar, to nigdy nie udałoby nam się dotrzeć na czas.

Kiedy po wielu godzinach jazdy w końcu dotarliśmy na miejsce, zaprosiliśmy naszego kierowcę na winobraniowe pole namiotowe. Tam jednak w najlepsze szaleli pijani Stefanowski i Brunowski. Później okazali się oni stałym elementem rozrywkowym zarówno w trakcie pracy, jak i w czasie wolnym. Omar odjechał, a my rozpoczęliśmy nową przygodę.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Gosia (@mchuchel)

Z tego doświadczenia wyniosłam, że nie warto kierować się uprzedzeniami. Doświadczyłam na własnej skórze, że ludzie potrafią być dobrzy, tak po prostu, nie oczekując niczego w zamian. Że niekoniecznie to, co przez media jest pokazywane jako złe, jest takie w rzeczywistości. Z Omarem miałam kontakt jeszcze przez kilka miesięcy. Później, jak to już bywa ze znajomościami zawartymi w podróży – ten kontakt się urwał. Mimo to jest to jedna z osób, którą z pewnością zapamiętam do końca swojego życia. I już zawsze będę ciepło wspominać.

Małgorzata Chuchel
Po latach namawiania przez przyjaciół postanowiła zająć się pisaniem zawodowo. Memy to jej pasja, a jej życie pisze najlepsze pasty. W wolnym czasie jeździ autostopem, jest dj’ką w duecie Typiary Niepokorne, tworzy na Spotify playlisty, których nikt nie słucha oraz dokucza znajomym. Przez rok mieszkała w Wietnamie i uczyła dzieci angielskiego, ale stwierdziła, że jednak lubi zimę i wróciła do kraju. Nadal poszukuje zarówno stylu pisania, jak i życia.

    Mogą Ci się spodobać

    Więcej w kategorii Od redakcji