GamingOpinia

Gry w końcu dorosły – kontrowersyjny shooter, Six days in Fallujah, powraca z grobu

-

8 min czytania

Minęło 11 lat od czasu anulowania Six days in Fallujah, kontrowersyjnego shootera z perspektywy pierwszej osoby. Teraz wraca, na dodatek ze świetnymi deweloperami za sterami. 

Gloryfikacja przemocy czy realizm historyczny? To pytanie warto sobie zadać, gdy mówimy o produkcjach wojennych przedstawiających prawdziwe wydarzenia. Nieważne czy chodzi o film aktorski, komiks czy grę. Film wojenny przeszedł długą drogę od filmów czysto propagandowych, przez kino akcji do pełnoprawnego i realistycznego kina historycznego. Przestano bać się trudnych tematów, jak przedstawianie niektórych własnych wojskowych jako zbrodniarzy czy złych decyzji podejmowanych przez dowódców. Żołnierz już nie był niezniszczalnym wzorem bez wad. Stał się człowiekiem z krwi i kości, którego mógł ogarnąć paraliżujący lęk czy niepohamowana i oślepiająca agresja. Zaczęto też przedstawiać porażki, a nie tylko zwycięstwa.

Produkcje wojenne w grach komputerowych przeszły podobną drogę. Jednym z pierwszych, wielkich hitów było Medal Of Honor (1999) – można go porównać do filmów z Clintem Eastwoodem, Telly’m Savalasem etc.. Miał on za zadanie przedstawić heroiczność amerykańskiej armii. Bohater w większości misji był sam i to on znajdował wszelkie potrzebne dokumenty, niszczył stanowiska bojowe wroga itp. Potem przyszedł czas na pierwsze dwie odsłony Call of Duty (2003 i 2005), za którymi większość graczy spogląda tęsknym wzrokiem. Osadzone podczas II Wojny Światowej produkcje od razu wyróżniały się na tle poprzedniczek. Wzorowane były bardziej na Szeregowcu Ryanie i serialu Kompania Braci – w większości przypadków byliśmy członkiem oddziału, towarzysze nam pomagali i prosili o pomoc, można też było poczuć smutek, przerażenie, strach i odwagę, czyli te emocje, które najbardziej odczuwali młodzi mężczyźni na polach bitew Europy, Związku Radzieckiego, Afryki i Azji.

Co prawda wielu innych twórców próbowało łapać się za cięższe tematy, żaden jednak nie pokusił się o wierne przedstawienie rzeczywistego konfliktu, z całym jego horrorem, przemocą i wadami. W świecie gier brakuje po prostu Plutonu, Czasu Apokalipsy, Żelaznego krzyża czy Helikoptera w ogniu. Zanim zdążycie powiedzieć ”ale przecież Modern Warfare”, to odpowiem, że sorry, ale nie. Od momentu pierwszej odsłony w czasach współczesnych tym produkcjom bliżej jest filmom Michaela Baya, niż prawdziwemu kinu wojennemu.

Prawdziwa bitwa? Zbyt kontrowersyjne…

W pewnym momencie, na radarze wszystkich, pojawiła się produkcja indie Six days in Fallujahprzedstawiająca jedno z najbardziej kontrowersyjnych i najbardziej krwawych starć w historii amerykańskiego wojska od czasu wojny w Wietnamie. Nie będę tutaj wspominał o powodach, ani o tym, czego dopuściły się wojska amerykańskie i siły bojowników irackich (do zdarzenia doszło podczas drugiej wojny o Zatokę Perską). To jedna z najbardziej krwawych batalii w historii współczesnej, która na dodatek bardziej powodowana była zwykłym uczuciem zemsty niż patriotyzmem czy ropą. Jest to czarna plama na honorze wojsk amerykańskich, o bojownikach nie wspominając.

Twórcy z Atomic Games wzięli na warsztat prawdziwą historię Trzeciego Batalionu Marines, który brał udział w Drugiej Bitwie o Faludżę (7-16 listopada 2004 roku), decydującym oblężeniu miasta. Deweloperzy od razu postawili sprawę jasno – ich tytuł miał być najbardziej realistyczną wojenną strzelanką w historii. Nazwano ją nawet survival horrorem. Nie takim, który straszy nadprzyrodzonymi monstrami, ale realizmem czy niewiedzą, skąd padnie następny strzał. Głównymi konsultantami byli członkowie batalionu, którego działania miały być przedstawione w grze.

Nie każdemu się ten pomysł spodobał. W tamtych czasach gry traktowane były przez mainstream jako produkcje dla dzieci, gloryfikujące przemoc czy niezdolne do opowiedzenia poważniejszej historii. Najbardziej obrywało się wszelakim shooterom. Nie dziwne więc, że produkcja, opowiadająca o dość aktualnym wydarzeniu, na dodatek nie pozbawionym wielu kontrowersji, spotkała się ze sprzeciwem weteranów wojennych, grup antywojennych itp. Tytułowi i twórcom zarzucano, oczywiście, gloryfikowanie przemocy i zbrodni wojennych, fałszowanie historii (już na etapie pierwszych zapowiedzi) czy chęć zarobku na prawdziwych tragediach. Szef projektu, Peter Tamte, tak odpowiedział na zarzuty w wywiadzie przeprowadzonym przez, nieistniejący już, portal Joystiq:

…to nie jest kwestia polityki, czy Stany Zjednoczone powinny tam być, czy nie. Tak naprawdę chodzi o historie żołnierzy piechoty morskiej, którzy byli w Faludży… debatę o polityce zostawmy politykom. Skupiamy się na tym, co faktycznie się tam wydarzyło.

Niestety dotychczasowy wydawca, Konami, uległ presji i, w 2009 roku, zrezygnował ze wsparcia dla gry. Atomic Games nie udało się znaleźć nowego wspólnika, niedługo po tym ogłosiła bankructwo.

Do niedawna tytuł uznawany był za martwy. W zaskakującej zapowiedzi nie tylko ogłoszono, że projekt ma się dobrze i tworzony jest przez weteranów serii Halo i Destiny, ale i przybliżoną datę premiery. Zadebiutuje on już w tym roku.

Od razu pojawiły się podobne słowa krytyki, co jedenaście lat temu. Oto, co na ten temat wypowiedział się Rami Ismail, deweloper indie irańskiego pochodzenia:

Nie trudno się z nim nie zgodzić. Oblężenie Faludży, a tym bardziej cały konflikt w Zatoce Perskiej, powinno być pokazane z taktem i należytą krytyką obydwu stron, a nie w formie kolejnej opowiastki o walecznych Amerykanach i złych powstańcach. Takich gier mamy aż nadto. Za to absolutnie nie rozumiem głosów sprzeciwiających się powstawaniu gry tylko dlatego, że zajmuje się konkretnym, nawet niewygodnym dla wielu, wydarzeniem.

Gry to nie tylko rozrywka

W 2012 roku na rynku pojawiła się gra Spec Ops: The Line, czyli adaptacja Jądra Ciemnośći, książki autorstwa Josepha Conrada. Kryminalnie pominięta przez graczy produkcja udowodniła wtedy jedno – da się zrobić, typową mechanicznie, grę akcji z poważną fabułą, która dotyka zbrodni wojennych, współczesnych konfliktów na Bliskim Wschodzie czy wpływu wojny na psychikę żołnierzy. Twórcy z Yager Development bawili się graczem, jego postrzeganiem świata gry i całej misji, a sama historia była zaskakująca, inteligenta i zarazem bardzo ciężka i poważna.

2020 rok również był dowodem na to, że gry przestały być tylko produktami rozrywkowymi i stały się w pełni interaktywną formą opowiadania historii, stojącą na równi z filmami i książkami. Najlepszym tego przykładem są dwa najgorętsze tytuły ubiegłego roku – The Last Of Us Part 2 i Cyberpunk 2077. Dwie kompletnie różne gry, z własnymi problemami, ale błyszczące w dwóch ważnych aspektach. Polska produkcja, jak żadna inna, dała nam cyfrowe postaci do złudzenia przypominające prawdziwych ludzi. Dzięki fantastycznie napisanemu scenariuszowi chcieliśmy ich poznać bliżej i, w trakcie rozwoju fabuły, zżywaliśmy się z nimi, jak z bohaterami najlepszych książek. Kiedy niektórzy odchodzili, pozostawał nam w sercach prawdziwy żal.

The Last of Us Part 2 natomiast, pomimo wielu problemów z samą konstrukcją i tempem fabuły, dotyka wielu ważnych problemów w bardzo dorosły i, niespotykany wcześniej w grach, sposób.  Mogą nam się nie podobać wydarzenia, których jesteśmy świadkami w trakcie gry, jedno jednak trzeba przyznać – jest to jedna z najtrudniejszych w odbiorze gier w historii. Emocjonalną huśtawkę, jaką serwuję nam produkcja Naughty Dog, mogliśmy dotychczas spotkać, w takim stopniu, jedynie w kinie albo literaturze.

To tylko trzy z przykładów na to, że gry stały się nie tylko źródłem niezwykłych i zawiłych historii, ale też mogą je przedstawiać w sposób bardziej dojrzały. Taki, że nie czuć w ogóle, że to gra. Wzrost jakości wyświetlanej grafiki czy coraz lepsze gogle VR dodatkowo pozwalają na większą interaktywność i imersję w świat przedstawiony.

Branża gier potrzebuje takiej gry, jak Six days in Fallujah. Nie dlatego, że będzie to dobra i realistyczna strzelanka, inna niż pozostałe. Ma szansę być produkcją wojenną, która pokaże wojnę taką, jaka jest. Bez kolorów, wiwatowania i wyidealizowanego bohaterstwa. Zimną, brutalną i przerażającą. Nowe studio Highwire Games, złożone z weteranów branży, przeprowadziło wywiady nie tylko z żołnierzami Marines, ale też cywilami, powstańcami i innymi osobami będącymi w tym czasie w Faludży. Ich wypowiedzi, zdjęcia i nagrania archiwalne będą wplecione w główny wątek fabularny.

Nadchodzącą grę wojenną, która ma być symulatorem prawdziwego pola bitwy, powinniśmy powitać z otwartymi ramionami. Twórcy obiecują bezkompromisowe ukazanie konfliktu w Faludży, stworzone z szacunkiem dla obydwu stron konfliktu. Minął już czas ukazywania stereotypowych przeciwników z Bliskiego Wschodu, Rosji czy innego kraju, którym nie jest Ameryka. Gry potrzebują produkcji, jak Cieńka czerwona linia albo Żelazny Krzyż, czyli takiej, która skupi się na skutkach wojny i jednostkach, a nie idei, chwale czy eksplozjach.

czytaj też: “Liga Sprawiedliwości” Zacka Snydera ma w końcu pierwszy trailer! [WIDEO]

Szymon Czaja
Gracz od czasów Amigi 500 i Desert Strike. Pasjonat Gwiezdnych Wojen i wszystkiego co science fiction - od kampowego pulpu w stylu ''Morderczych pomidorów z Marsa'' do hard science fiction. Nie pogardzi też dobrym i mrocznym fantasy. Warhammer 40000 to, według niego, najlepszy world building w historii gier. Nie lubi używać liczb ani gwiazdek do oceniania rzeczy. Wyznawca mantry ''for gamers by gamers'', nie napisze recenzji, póki nie skończy gry i powie wprost, jak mu się coś nie podoba. Dalej czeka na ekranizację Thorgala i Szninkla i porządną wersję legend arturiańskich, żeby chociaż na chwilę mógł zapomnieć o Excaliburze, którego widział setki razy.

    Mogą Ci się spodobać

    Więcej w kategorii Gaming