ActinaGamingRecenzja

Dobry shooter, słaby horror – recenzja Resident Evil: Village [lekkie spoilery]

-

11 min czytania

Resident Evil: Village to technicznie dobry i momentami klimatyczny shooter, który zawodzi jako spójna odsłona Resident Evil.

Artykuł powstał we współpracy z: ACTINA

(Tytuł ogrywaliśmy na sprzęcie dostarczonym przez firmę Actina.
Uwaga – tekst zawiera lekkie spoilery z początku gry i kilku ważnych elementów rozgrywki.)

Oczekiwania wobec Resident Evil: Village miałem ogromne. Po rewelacyjnej (w 90 procentach) siódemce nie tylko mi wróciła wiara w serię, która powróciła do korzeni i znowu zaczęła straszyć. Resident Evil 7: Biohazard od pierwszej minuty wciągało klimatem i fabułą. Całość uzupełniana była przez rewelacyjną oprawę audiowizualną, dodatkowo spotęgowaną przez możliwość grania w goglach VR. W skrócie – ostatnia odsłona to jeden z najlepszych i najbardziej klimatycznych horrorów w historii gier, pomimo małego potknięcia, jakim jest sekwencja na tankowcu.

RE: Village już od pierwszych materiałów promocyjnych wyglądało na powrót do atmosfery i rozwiązań znanych z czwartej odsłony serii, czyli tej, którą fani wspominają najcieplej. Biorąc więc pod uwagę poziom siódemki i spuściznę czwórki, najnowsza odsłona zapowiadała się na horror z prawdziwego zdarzenia, który da nam intrygującego przeciwnika do pokonania, przepiękne lokacje do zwiedzenia i wiele zagadek do rozwiązania.

Nic bardziej mylnego. Pomimo bardzo dobrej strony technicznej Resident Evil: Village to gra nudna i przepełniona kliszami gatunkowymi. Jest w niej też mnóstwo akcji, która bardzo skutecznie sprawia, że gra w ogóle nie straszy.

Zacznijmy jednak od początku.

Dobry shooter, słaby horror - recenzja Resident Evil: Village [lekkie spoilery]

Chris Redfield, którego znamy od od pierwszej odsłony, to najbardziej ciekawy element w grze. Niestety jest go zdecydowanie za mało.

Lunapark grozy

Resident Evil: Village rozpoczyna się trzy lata po wydarzeniach z poprzedniej odsłony. Po niesamowitej, animowanej sekwencji wprowadzającej (która po pewnym czasie okazuje się najlepszym elementem całej gry) trafiamy do domu Ethana, głównego bohatera poprzedniej odsłony. Mieszka on w nim wraz z żoną Mią i nowonarodzoną córką Rose. Ich szczęście i, zasłużony po wydarzeniach z farmy Bakerów, spokój nie trwają jednak długo. W trzymającej napięciu scenie pojawia się weteran serii, Chris Redfield, który z zimną krwią morduje Mię i porywa Ethana wraz z córką. Nie mija dużo czasu kiedy Ethan będzie musiał wyruszyć w pełną niebezpieczeństw podróż po transylwańskiej wiosce w celu uratowania życia Rose.

Pierwsze dwie godziny gry to absolutna rewelacja. Od wspomnianej animacji do pierwszego spotkania ze wszystkimi antagonistami jest to sequel wręcz idealny. Pierwsze spotkanie z Lykanami, czyli mutantami przypominającymi wilkołaki, to absolutna perełka. Tego właśnie po tym tytule oczekiwaliśmy i pierwsze momenty z grą napawają ogromnym optymizmem. Im dalej w wioskę jednak, tym gorzej. Wszystko zaczyna się od wspomnianych antagonistów.

Dobry shooter, słaby horror - recenzja Resident Evil: Village [lekkie spoilery]

Lady Dimitrescu jawiła się jako jeden z najbardziej intrygujących anatagonistów serii. Niestety w grze pojawia się ona dosłownie przez 20 minut czasu ekranowego (poza walką).

Tak jak wszyscy czekałem na pojawienie się Lady Dimitrescu, czyli ogromnej wampirzycy, która od razu skradła serca wszystkich graczy na świecie. Lubię opowieści o wampirach (tych prawdziwych, nie imitacji świecących w słońcu diamentami), więc fakt, że Capcom nagle zabrał się w Resident Evil za nie tylko wilkołaki, ale i inne stworzenia nocy, dodatkowo podsycał mój apetyt. Szybko jednak został on ostudzony, kiedy po raz pierwszy poznajłem główną antagonistkę i jej czwórkę popleczników. Wbrew całemu marketingowi nie są nimi intrygująca wampirzyca i jej córki, a Matka Miranda i cztery inne osoby, wśród nich Lady Dimitrescu. W tym momencie zapaliła mi się czerwona lampka – skoro kampania fabularna ma zająć nam mniej więcej 10 godzin, to jak możliwe jest właściwie scharakteryzowanie jakiejkolwiek z tych postaci, z głównym przeciwnikiem włącznie, zwłaszcza jak z każdym z nich musimy walczyć z osobna?

To jeden z moich dwóch największych problemów z grą – absolutnie każda postać nie ma tu wystarczająco czasu aby rozwinąć jakikolwiek zalążek skrzydeł jaki ma. Lady D. jest tu zdecydowanie najciekawsza, niestety jest ona pierwszym przeciwnikiem, z którym się zmierzymy. Jej łączny czas ekranowy, poza walką i eksploracją jej zamku, to raptem dwadzieścia minut. Po pokonaniu jej w walce nie mogłem uwierzyć, że to już koniec i że Capcom oparło cały marketing na tej jednej postaci. Nie skłamię mówiąc, że nie tylko moje oczekiwania były inne.

Przez takie rozwiązanie cierpi nie tylko scenariusz i charakteryzacja postaci, ale i konstrukcja gry. Zanim zmierzymy się z Matką Mirandą zwiedzimy cztery domeny jej popleczników. Każda z nich to kompletnie inna inspiracja horrorami – wampiry, wilkołaki i dwie inne, które doskonale zna każdy fan tego gatunku. Można więc grę porównać do lunaparku, a tytułową wioskę do jego głównego huba. Z niego udajemy na cztery atrakcje o różnej tematyce, luźno powiązanej w całość piątą. Słowo luźno jest tu kluczem. Szwy łączące fabularnie każdego z minibossów są tu tak ewidentne, że skutecznie zniwelowały u mnie jakąkolwiek imersję.

Nie pomaga też Ethan, który, przez brak rozbudowanych antagonistów, jest znacznie bardziej w centrum, niż w Resident Evil 7. Tam rodzina Bakerów była tak bardzo scharakteryzowana, że nie zwracało się uwagi na fakt, że główny bohater to kompletny idiota bez krzty charyzmy. Teraz wychodzi to na pierwszy plan – podczas gdy każdy normalny człowiek od razu załapałby o co chodzi, nawet przy wszystkich strasznych wydarzeniach, których jest świadkiem, to Ethan zdaje się być zacofany i momentami wręcz odpychający w swojej głupocie. Najbardziej ta sytuacja boli, kiedy w grze pojawia się Chris Redfield. Ciężko nie odnieść wtedy wrażenia, że to on powinien być bohaterem tej odsłony, zwłaszcza biorąc pod uwagę jak dużo jest tutaj akcji. Zamiarem Capcomu było stworzenie zwykłego śmiertelnika jako głównego bohatera. Niestety nie udało się – Ethan nie jest ani ciekawy, ani wiarygodny.

Dobry shooter, słaby horror - recenzja Resident Evil: Village [lekkie spoilery]

Niektóre sekwencje są świetne i bardzo klimatyczne, ale gdzie tu Resident Evil?

Przepiękna wydmuszka

Tak, jak scenariusz i charakteryzacja w tym tytule leżą, tak technicznie ta gra to majstersztyk pod prawie każdym względem. Ilość detali, obecnych w każdej lokacji, jest tu ogromna, nieważne czy mamy do czynienia z rozpadającą się chatą, zamczyskiem bogatym w dekoracje czy otoczeniem industrialnym. Nie wiem jak w wersjach konsolowych, ale na pecetach dokładnie widać każdą śrubkę, każde zdobienie na meblach, każdą rysę czy zniekształcenie. Eksplorowanie lokacji i szperanie przez kilka minut za, dość często świetnie ukrytymi, przedmiotami jest przez to bardzo przyjemne, a chodzenie kilka razy po tych samych lokacjach, by odblokować nowe, się nie nudzi.

To, przez co jednak można dość często ziewać, to walka, a właściwie jej ilość. Jest jej tu za dużo i niektóre sekwencje są zdecydowanie za długie. Wiem, że gra ma oddać ducha Resident Evil 4, gdzie było jej znacznie więcej, niż w poprzednich odsłonach, jednak tam wszystko było idealnie zbalansowane i dalej można było tę produkcję nazwać survival horrorem. W Resident Evil: Village nie pomogła nawet zmiana na wyższy poziom trudności – amunicji i zasobów leczniczych jest tu wystarczająco dużo, aby nie przejmować się celowaniem w głowę czy rozsądnym wykorzystaniem wszystkich dostępnych broni i zasobów. W połączeniu z systemem modyfikacji uzbrojenia i naszych statystyk, które bardzo ułatwiają nam życie, zmienia to w pewnym momencie grę w zwykłe strzelanie do potworów. Rozumiem, że mamy się poczuć pod koniec gry silniejsi, ale gdzie tu horror? Jak mamy czuć strach, kiedy w każdej chwili czujemy się, jakbyśmy mogli sprostać każdemu? Nie zrozumcie mnie źle, gra się w to bardzo przyjemnie, a niektóre sekwencje są bardzo klimatyczne. Spodziewałem się jednak survival horroru, z którego słynie seria, a nie zwykłego FPS-a z elementami kina grozy.

Udźwiękowienie, czyli muzyka i aktorzy, to, podobnie jak grafika, najwyższa półka – dźwięki w każdym pomieszczeniu i na terenie otwartym są odpowiednio odzwierciedlone, mają realistyczne echo i wystarczającą ilość dźwięków. Tutaj naprawdę nie ma się do czego przyczepić, wszystko brzmi idealnie, zwłaszcza na porządnych słuchawkach z systemem 7.1 (dzięki Actina!). No może do głosu Ethana, ale taki chyba był zamiar, biorąc pod uwagę jego poziom intelektualny.

Słówko muszę też napisać o projektach potworów. Każdy jest świetnie animowany, pełen detali i dość często dawałem się zabić, żeby im się bliżej przyjrzeć. Nie mogę jednak odnieść wrażenia, że część z nich gdzieś już widziałem. Nie chcę wam za bardzo spoilerować, ale w jednej z ciekawszych domen deweloperzy wykorzystali body horror jako inspirację podczas tworzenia przeciwników. Ta cała sekwencja wydaje się dziwnie znajoma i nie chodzi tu o fakt, że każdy z głównych regionów czerpie inspiracje z innego stylu kina grozy, a o bezpośredni design. Może też być tak, że przez ilość horrorów, jakie obejrzałem w życiu, mi się wszystko już miesza. To w końcu jeden z tych gatunków, gdzie twórcy non stop się wzajemnie inspirują.

Świetna gra, słaby Resident Evil 

Doskonale rozumiem zachwyt niektórych ludzi nad grą i wysokie noty, jakie ten tytuł dostał od wielu zagranicznych portali. Do mnie jednak, jako kolejna odsłona serii, nie trafił. Po powrocie do korzeni, jakim były siódemka i Resident Evil 2 Remake, spodziewałem się czegoś naprawdę niezwykłego – gra miała łączyć bazę, jako był Resident Evil 7: Biohazard i połączyć ją z klimatami Resident Evil 4. Na dodatek wszystko miało zostać podlane większą dawką okultyzmu, wampirami i wilkołakami. Dla mnie to produkcja wręcz stworzona.

To, co dostałem, to był jednak misz masz gatunkowy, na dodatek niezgrabnie spięty ze sobą. Poprzednia odsłona była w pełni skoncentrowana na konkretnym typie kina grozy, przez co wszystko było dopracowane, a cała gra zdawała się być kompletna od początku do końca. Resident Evil: Village wygląda jakby twórcy nie mogli się zdecydować na konkretny klimat opowieści i wrzucili kilka pomysłów do kotła. Każdy z nich jest wykonany pierwszorzędnie, a sama gra jest chyba najbardziej ambitną i zróżnicowaną odsłoną serii. Uważam jednak, że byłaby znacznie lepsza, gdyby skoncentrowano się na samej wiosce i zamczysku Lady Dimitrescu czy rejonie industrialnym. Każdą z poszczególnych domen dałoby sie na tyle zróżnicować, aby się nie nudziły przez cały czas trwania gry, a tak kończą się równie szybko, co się zaczęły. I pozostawiają niedosyt w postaci samej rozgrywki, jak i ich mieszkańców.

Czy poleciłbym Resident Evil: Village? I tak i nie. Jeśli szukasz survival horroru, w którym na każdym kroku będziesz czuć niepokój, a starcie z każdym wrogiem będzie dla ciebie zagrożeniem, to omijaj ją szerokim łukiem. Jest znacznie więcej lepszych gier tego typu. Jeśli jednak szukasz gry pełnej akcji w klimatach grozy, to nie możesz lepiej trafić. Znajdziesz jej tutaj na pęczki. Nie spodziewaj się jednak ciekawych postaci ani wciągającej fabuły.

Resident Evil: Village ma swoje momenty pierwsze spotkanie z Lykanami, Lady D. i jej zamek, region industrialny, ”yummy” – ale ostatecznie jest dla mnie wielkim rozczarowaniem. Nie tego się spodziewałem i po zapowiedziach i po ostatniej odsłonie.

czytaj też: Lucky Luke otrzyma nową telewizyjną ekranizację

Szymon Czaja
Gracz od czasów Amigi 500 i Desert Strike. Pasjonat Gwiezdnych Wojen i wszystkiego co science fiction - od kampowego pulpu w stylu ''Morderczych pomidorów z Marsa'' do hard science fiction. Nie pogardzi też dobrym i mrocznym fantasy. Warhammer 40000 to, według niego, najlepszy world building w historii gier. Nie lubi używać liczb ani gwiazdek do oceniania rzeczy. Wyznawca mantry ''for gamers by gamers'', nie napisze recenzji, póki nie skończy gry i powie wprost, jak mu się coś nie podoba. Dalej czeka na ekranizację Thorgala i Szninkla i porządną wersję legend arturiańskich, żeby chociaż na chwilę mógł zapomnieć o Excaliburze, którego widział setki razy.

    Mogą Ci się spodobać

    Więcej w kategorii Actina