FilmOd redakcjiRecenzja

DIUNA to hipnotyzujący początek czegoś wspaniałego [RECENZJA]

-

12 min czytania

O DIUNIE w reżyserii Denisa Villeneuve można powiedzieć dwie rzeczy – to film, z którego dumny byłby Frank Herbert i arcydzieło gatunku science fiction.

Po niemalże roku oczekiwań na ekrany kin w końcu trafia najnowszy film w reżyserii Denisa Villeneuve, który adaptuje jedną z najważniejszych i najbardziej wpływowych książek science fiction w historii, Diunę autorstwa Franka Herberta.

Już od momentu, kiedy jeszcze przed jinglami wytwórni dobiega do nas głos bliżej nieokreślonej istoty, mówiący o tym, że sny to wiadomości z otchłani, DIUNA wciąga nas w swój świat mocnymi kleszczami i nie wypuszcza przez cały czas trwania epickiego prologu Kronik Diuny. Absolutnie każdy element filmu jest tu wykonany na takim poziomie, że DIUNA jest nie tylko niespotykanym od lat triumfem gatunku science fiction, ale kinematografii w ogóle. Pozwólcie, że wyjaśnię wam dlaczego.

DIUNA to hipnotyzujący początek czegoś wspaniałego [RECENZJA]

Paul Atryda, chłopiec z przeznaczeniem większym niż wszechświat.

Arrakis, Diuna, Pustynna Planeta…

Jest rok 10191 według kalendarza imperialnego. Planeta Arrakis, zwana inaczej Diuną, jest najważniejszym miejscem we wszechświecie. Tylko na niej występuje Przyprawa, zwana inaczej Melanżem. Ta najcenniejsza  substancja pozwala nie tylko na profetyczne wizje i dłuższe życie, ale i na podróże kosmiczne -nawigatorzy Gildii Kosmicznej mogą dzięki ogromnym ilościom Przyprawy zakrzywiać czasoprzestrzeń i błyskawicznie przenosić statki na dowolne odległości. 

Na scenę wkracza szlachetny ród Atrydów, który otrzymuje od Imperatora Arrakis w lenno. Nie jest to jednak dar, a przynajmniej dla Atrydów. To plan Imperatora Szadama IV z rodu Corrinów, zazdrosnego o rosnące wpływy Księcia Leto Atrydy wśród pozostałych Wielkich Rodów Landsraadu. Wykonawcą woli Imperatora ma być złowieszczy i brutalny ród Harkonnenów, odwieczni wrogowie Atrydów i poprzedni włodarze Diuny. Ich celem jest całkowite zniszczenie Domu Atrydów i zabicie wszystkich członków Rodu, w tym Paula, nastoletniego chłopca, którego przeznaczenie jest większe, niż cały wszechświat. To na Arrakis rozpocznie się jego droga ku Złotej Ścieżce, przyszłości naszej cywilizacji.

Jeśli brzmi to dla was skomplikowanie to dobrze, takie właśnie ma być. Uniwersum Franka Herberta można pod względem budowy świata, jego historii, mitologii i mieszkańców, porównać jedynie do Śródziemia z Władcy Pierścieni J.R.R. Tolkiena. Detali jest tu tak dużo, że nawet mówiąc o bazowych założeniach trzeba się co chwilę zatrzymać przy innych terminach – grot gończak, Tleilaxlanie, kompania KHOAM, Landsraad i wiele innych pojęć jest wręcz wymaganych do przyswojenia aby w pełni docenić całą książkową opowieść. To właśnie z tego powodu cały cykl określany zawsze był jako jeden z niemożliwych do przeniesienia na ekran.

Frank Herbet miał na wytłumaczenie całej historii i wprowadzenie w nią czytelnika kilkaset stron plus mapy i słownik pojęć na końcu każdej z książek, które były nie tylko historiami o naszej przyszłości wśród gwiazd, ale i traktatami filozoficznymi pisanymi w odpowiedzi na Fundację Isaaca Asimova. Film ma na to raptem dwie godziny, więc przekazanie tak dużej ilości niezbędnych informacji, na dodatek w sposób przystępny dla widza, jest niemożliwe. Poległ na tym i David Lynch ze swoją metafizyczną interpretacją z 1984 roku i serial z roku 2000, który miał na przedstawienie opowieści znacznie więcej czasu.

Dlatego też pomysł, aby rozdzielić adaptację Diuny na dwie części był dla filmu Villeneuva zbawienny, nawet pomimo bardzo dziwnej decyzji aby planować ekranizację połowy książki nie wiedząc, czy kontynuacja kiedykolwiek powstanie (zostało już potwierdzone, że druga część powstanie). Przez ponad dwie godziny czasu ekranowego nie jesteśmy więc bombardowani nowymi terminami i sztuczną ekspozycją wepchaną na siłę w usta bohaterów. Wręcz przeciwnie – dialogów jest tu zdumiewająco mało i nie ma w nich zbędnych słów, a sam sposób przedstawiania nam świata jest bardzo sensowny. Wszystkiego dowiadujemy się w odpowiednim momencie razem z bohaterami, na przykład razem z Paulem uczymy się więcej na temat Diuny z edukacyjnego nagrania czy na temat Czerwi i żniwiarek w momencie, kiedy wyjaśnia to Atrydom planetarny ekolog.

Sprawia to, że DIUNA jest niesamowicie przystępna dla przeciętnego widza i przy okazji bardzo wierna książkowemu pierwowzorowi. Nie obyło się co prawda bez zmian, z których największymi są sposób w jaki Paul, a zarazem widzowie, dowiaduje się o Kwisatz Haderach oraz kolejność niektórych początkowych wydarzeń. Nawet brak niektórych ważnych w książce scen można uznać za konieczne – nie ma tu wizyty Nawigatora Gildii Kosmicznej u Imperatora, kolacji w pałacu na Arrakis podczas której Paul przeprowadza bardzo ważną rozmowę z księżniczką Irulaną, Tleilaxan czy nawet szerszego spojrzenia na politykę w Imperium. Nie jest to jednak wada, a konieczność, która na dodatek pozytywnie wpływa na odbiór całości. Konieczność dlatego, że pełne przedstawienie wizji Herberta w nieokrojonej formie wymagałoby stworzenia serialu o bardzo wysokim budżecie plus sam fakt ekranizowania Kronik Diuny zawsze niósł ze sobą ryzyko – każdy w biznesie filmowym pamięta ogromną porażkę Alejandro Jodorowskiego.

Największą zaletą nowej adaptacji DIUNY jest fakt, że jest to idealny próg wejścia w to niezwykłe uniwersum. Sam byłem tego świadkiem podczas drugiego seansu, na którym byłem, tym razem ze znajomymi i z pełną widownią. Od razu po zakończeniu projekcji zostałem zasypany pytaniami o Jeźdźców Pustyni, Gildię Kosmiczną, Sardaukarów etc. I nie byliśmy jedyni, wszędzie dało się usłyszeć grupki dyskutujące o filmie. Nie spotkałem się z tak pozytywnym i pełnym ekscytacji odbiorem filmu gatunkowego od czasu Drużyny Pierścienia i do właśnie pierwszej odsłony adaptacji Władcy Pierścieni najlepiej można nową adaptację prozy Herberta porównać. Otwiera ona drzwi do niezwykłego świata i wita wszystkich z otwartymi ramionami. Jest zaproszeniem do dalszej podróży, któremu naprawdę ciężko odmówić, nawet jak zna się tę opowieść od podszewki. Jest to oznaką najlepszych adaptacji i tym scenariusz autorstwa Denisa Villeneuve, Jona Spaihtsa i Erica Rotha właśnie jest.

DIUNA to hipnotyzujący początek czegoś wspaniałego [RECENZJA]

Każde ujęcie filmu to małe arcydzieło – czy to pod względem kompozycji, oświetlenia i czy oprawy audio. Takiego filmu science fiction jeszcze nie było.

Lawrence z Arrakis

Oglądając DIUNĘ przez cały czas miałem, gdzieś głęboko pod zachwytem nad oprawą audiowizualną, skojarzenia z filmem Lawrence z Arabii z 1962 roku. Nie dlatego, że sam Herbert mocno inspirował się postacią T.E. Lawrence’a i jego książką Siedem filarów mądrości. Denis Villeneuve sam przyznał, że wspomniany film jest jednym z jego ulubionych. Miał on przez to ogromny wpływ na to, jak DIUNA wygląda.

A wygląda obłędnie. Od samego początku jesteśmy bombardowani obrazami rodem z ilustracji fantastycznonaukowych i każde kolejne ujęcie potrafi zachwycić bardziej niż poprzednie. Greig Fraser, znany z pracy przy między innymi Rogue One: A Star Wars Story, zasiadł na stołku operatora i wywiązał się z roboty pierwszorzędnie. W równiej mierze, co scenariuszem, opowiada się w DIUNIE obrazem. Twarze postaci podczas ważnych scen oglądamy z wąskiego, bardziej intymnego kąta, co pozwala wsłuchać się w ich słowa i poczuć emocje. Ujęcia z większą ilością osób to już szeroki kąt, co pozwala nam na podziwianie kunsztu projektantów kostiumów i scenografii. Korzystają też z niego sceny plenerowe, dzięki czemu ten film tak perfekcyjnie oddaje majestat niektórych budowli czy rozmiar statków i samego Stworzyciela, mieszkańca Głębokiej Pustyni.

Warto tu wspomnieć o samych efektach i zdjęciach ukazujących nam planetę Arrakis. Tych pierwszych jest tu oczywiście w pewnych momentach dużo, ale całościowo jest ich tu znacznie mniej, niż mogłoby się wydawać. Za przykład weźmy plenery Arrakis – wszystkie sceny zostały nakręcone w Jordanii, a falowanie gorącego powietrza, które widzimy na ekranie jest za każdym razem naturalne. To właśnie w nich najbardziej widoczny jest wpływ Lawrence’a z Arabii. Timothee Chalamet sam wspominał, że przed zielonym ekranem stał na planie jedynie dwa razy.  Widać to też po ornitopterach, czyli latających pojazdach Atrydów przypominających ważki. Nie tylko są one dokładnie takie, jak opisywał je Herbert, ale i występują w kilku różnych wariantach przeznaczonych do innych celów. Każdy z nich został w całości zbudowany i jedynie ruszające się skrzydła zostały dorobione komputerowo. Szczególnie kokpity mogą zachwycić swoją funkcjonalnością, faktycznym zużyciem i działającymi, mechanicznymi instrumentami pokładowymi. Efekty praktyczne się na tym nie kończą. Makijaż prostetyczny barona Vladimira Harkonnena, komnaty pałaców na Kaladanie czy Arrakis, właz statków wysłanników Imperatora czy sióstr Bene Gesserit i wiele innych elementów zostało zbudowanych od podstaw, co dodatkowo urealnia wszystko to, co widzimy na ekranie. Na szczęście skończyły się już czasy zbyt dużego polegania na kolorze zielonym czy niebieskim.

Drugim ważnym elementem całej oprawy jest muzyka. Przyznam, że informacja o tym, że autorem oprawy dźwiękowej DIUNY ma być Hans Zimmer, trochę mnie zaniepokoiła. Już od jakiegoś czasu wydawał mi się on strasznie wtórny, zwłaszcza w filmach Christophera Nolana. Ciągle wykorzystywał te same instrumenty, motywy muzyczne i poszczególne nuty. Tutaj jednak całkowicie mnie zaskoczył. Nie dość, że cała ścieżka dźwiękowa w ogóle nie brzmi jak dotychczasowe prace kompozytora, to na dodatek jest jedną z najlepszych, jak nie najlepszą w jego karierze. Znajdzie się tutaj co prawda kilka jego ogranych patentów, ale można je policzyć na palcach jednej ręki i idealnie wpisane są one w resztę kompozycji. Muszę też przyznać, że dawno nie widziałem filmu, w którym muzyka byłaby tak bardzo obecna. Naprawdę bardzo mało jest w tym filmie momentów, w których w tle nie słychać żadnej melodii. Na samym początku, kiedy do naszych ust docierają głównie naprawdę głośne dźwięki, nie mogłem się do tego przyzwyczaić. Szczególnie podczas sceny ceremonii przekazania Arrakis w ręce Atrydów czy Paula żegnającego Kaladan – taka ilość muzyki wydała mi się wtedy całkowicie niepotrzebna i rozpraszająca. Nie minęło jednak kilkanaście minut, kiedy opatuliła mnie ona ciepłym kocykiem i pozwoliła w pełni wsiąknąć w cały świat przedstawiony. Produkcja dźwięku również zasługuje na uznanie. Widać po niej ten prawie rok, jaki twórcy mieli na jej doszlifowanie. Echo głosów o różnej tonacji i głośności, dźwięk kroków na różnych powierzchniach, dudnik uderzający o piasek czy echo przeznaczenia, które słyszy Paul – wszystko jest tu wyraźne i bardzo naturalne i niezwykle przyjemne dla ucha.

Całości dopełnia casting i samo aktorstwo. Nigdy w życiu nie widziałem aż tylu tak dobrze dobranych aktorów. O niektórych można wręcz powiedzieć, że urodzili się do grania tych konkretnych postaci. Timothee Chalamet to idealny Paul, Dave Bautista to książkowy Rabban, podobnie Stellan Skarsgard jako baron Harkonnen, nawet pomimo znacznego złagodzenia tej postaci względem pierwowzoru. Najlepiej ze wszystkich wypada Rebecca Ferguson jako lady Jessica, matka Paula. Miała ona w tym filmie całe spektrum emocji do przekazania, od strachu przez ból do siły i rozpaczy. Każda scena z jej udziałem jest wiarygodna i bardzo ludzka, co zresztą cechowało samą postać, zwłaszcza w porównaniu do innych sióstr Bene Gessserit. Jedynie Zendaya jako Chani, dziewczyna, którą Paul widzi w wizjach, mi nie pasowała i dalej nie pasuje, ale jest to już moja osobista opinia. Nie ma tu ona po prostu zbyt dużo do zagrania, poza tym zawsze będę widział na jej twarzy sarkazm, nieważne czy jest akurat smutna, zła czy się uśmiecha.

DIUNA to hipnotyzujący początek czegoś wspaniałego [RECENZJA]

DIUNA to początek czegoś wspaniałego, a cała opowieść ma jeszcze wiele w zanadrzu.

Arcydzieło gatunku science fiction

Czy poleciłbym DIUNĘ każdemu? Zdecydowanie tak, nawet tym osobom, które na co dzień nie mają styczności z science fiction. To nie tylko jedno z największych kinowych arcydzieł tego gatunku, ale i prawdziwy spektakl, za które kocha się kino. Zabiera nas do innego świata i na te dwie godziny pozwala zapomnieć o rzeczywistości. Ekscytuje, trzyma w napięciu i wprowadza w zachwyt – czy nie to jest właśnie oznaką najlepszych filmów?

Dla części osób fakt, że film praktycznie nie ma zakończenia, a sama historia jest zaledwie prologiem większej całości, może być wadą. To jest zresztą największa krytyka, z jaką spotkała się DIUNA, no może poza absurdalnymi recenzjami, w których głównym zarzutem względem filmowej produkcji i samej książki jest motyw białego zbawcy. Te ostatnie pominę milczeniem, a na pierwszą odpowiem jedno – pamiętacie Drużynę Pierścienia? Kończyła się ona w ten sam sposób i, tak jak DIUNA, była wstępem do znacznie większej opowieści, która porwała cały świat.

I tym DIUNA w reżyserii Denisa Villeneuve właśnie jest – początkiem czegoś wspaniałego. Od czasu Władcy Pierścieni i przygód Harry’ego Pottera nie było adaptacji książki fantasy czy science fiction, która nie rozczarowałaby fanów i zyskała nowych. W tym tkwi największy sukces tej produkcji. Z książki, którą ciężko polecić przeciętnemu czytelnikowi, Denis Villeneuve wraz ekipą stworzył film przystępny dla każdego, ale nie pozbawiony głębi i unikatowości oryginału. Ma do materiału źródłowego ogromny szacunek, co przejawia się w każdym elemencie filmu. Czuć w nim też ogromną pasję twórców, której na próżno można szukać w innych tego typu filmach.

Frank Herbert byłby dumny.

Szymon Czaja
Gracz od czasów Amigi 500 i Desert Strike. Pasjonat Gwiezdnych Wojen i wszystkiego co science fiction - od kampowego pulpu w stylu ''Morderczych pomidorów z Marsa'' do hard science fiction. Nie pogardzi też dobrym i mrocznym fantasy. Warhammer 40000 to, według niego, najlepszy world building w historii gier. Nie lubi używać liczb ani gwiazdek do oceniania rzeczy. Wyznawca mantry ''for gamers by gamers'', nie napisze recenzji, póki nie skończy gry i powie wprost, jak mu się coś nie podoba. Dalej czeka na ekranizację Thorgala i Szninkla i porządną wersję legend arturiańskich, żeby chociaż na chwilę mógł zapomnieć o Excaliburze, którego widział setki razy.

    Mogą Ci się spodobać

    Więcej w kategorii Film