V.TV

Czwarta rocznica śmierci Carrie Fisher

-

2 min czytania

Nigdy wcześniej nie było i nie będzie takiej osoby jak Carrie Fisher i księżniczka Leia.

Jak mówiła sama Carrie Fisher, była księżniczką, a księżniczka nią. I przyznam, że tak właśnie ją postrzegam ja i większość osób zaznajomionych z uniwersum Gwiezdnych Wojen. Pomimo wielu innych ról, zarówno kinowych, jak i telewizyjnych, na zawsze pozostanie w naszych sercach jako Leia, obiekt westchnień każdego chłopaka i wzór do naśladowania każdej dziewczyny.

Ta niesamowita kobieta, pomimo wieloletniego, ciężkiego życia z matką gwiazdeczką Debbie Reynolds, była pełna siły i zaraźliwej energii, czym chętnie dzieliła się przez całe życie z innymi. Już w wieku 19 lat, promując pierwszy film Star Wars, była jasnym punktem w Hollywood. Opanowana, inteligentna, cholernie zabawna i lekko szalona, była kompletnym przeciwieństwem typowych gwiazdek z fabryki snów. Stanowczo ucinała jakiekolwiek rozmowy o typowej księżniczce, którą trzeba ratować. Jej Leia to przywódczyni i twarz Rebelii, na której polegało wiele istnień. Radziła sobie równie dobrze na polu bitwy, co podczas rozmów dyplomatycznych.

Zawsze będę pamiętał dzień, w którym odeszła Carrie Fisher. Dwudziestego siódmego grudnia, 2016 roku, płakałem jakbym stracił najbliższego przyjaciela lub członka rodziny. Gwiezdne Wojny są bardzo ważną częścią mojego życia, tak samo księżniczka Leia. Nie jako obiekt nastoletnich westchnień, ale jako przyjaciółka i kompan w wielu przygodach, tych oglądanych, przeczytanych czy ogranych. To do niej porównuje się wiele silnych postaci kobiecych w filmach i popkulturze. I już na zawsze tak pozostanie.

Tak, wiem, rocznica była wczoraj, ale przez maraton Mandalorianina i pisanie recenzji drugiego sezonu, kompletnie o tym zapomniałem. Wybaczcie.

Niech Moc będzie z wami, zawsze.

czytaj też: Moc dawno nie była tak silna – Mandalorianin, sezon drugi [recenzja ze spoilerami]

Szymon Czaja
Gracz od czasów Amigi 500 i Desert Strike. Pasjonat Gwiezdnych Wojen i wszystkiego co science fiction - od kampowego pulpu w stylu ''Morderczych pomidorów z Marsa'' do hard science fiction. Nie pogardzi też dobrym i mrocznym fantasy. Warhammer 40000 to, według niego, najlepszy world building w historii gier. Nie lubi używać liczb ani gwiazdek do oceniania rzeczy. Wyznawca mantry ''for gamers by gamers'', nie napisze recenzji, póki nie skończy gry i powie wprost, jak mu się coś nie podoba. Dalej czeka na ekranizację Thorgala i Szninkla i porządną wersję legend arturiańskich, żeby chociaż na chwilę mógł zapomnieć o Excaliburze, którego widział setki razy.

    Mogą Ci się spodobać

    Więcej w kategorii V.TV