Recenzja

Brawo EA?! – recenzja Star Wars Squadrons

-

11 min czytania

Stała się rzecz niesłychana – Electronic Arts wydali grę dobrą, tanią i nie żerującą na graczu. Rok 2020 w końcu pozytywnie!

Jest rok 1996, dostałem właśnie swój pierwszy komputer. Dzień później żwawo pobiegłem do składnicy harcerskiej, nie po śpiwór czy namiot, oj nie. Bywało się tam przegrywać gry nielegalnie za pieniądze, z dyskietki na dyskietkę. Takie czasy, taka Polska. Dostęp do wszystkiego był ograniczony. Z wypiekami na twarzy, dyskietkami w kieszeni i joystickiem pod pachą (był wtedy często potrzebny) biegiem wracałem do domu. Powód? Karma chciała, aby moimi pierwszymi grami były dwa tytuły z uniwersum, w którym zakochałem się kilka lat wcześniej oglądając przygody chłopaka z farmy, księżniczki i łajdaka z włochatym kumplem. Mowa oczywiście o Gwiezdnych Wojnach i symulatorach pilota po stronie Rebelii i Imperium – X-Wing z 1993 roku i TIE Figther z 1994 roku.

Lekcja historii

Seria gier X-Wing, na które składają się X-Wing i TIE Fighter z dodatkami, X-wing vs. TIE Fighter i X-Wing Alliance, to jedne z najcieplej wspominanych tytułów ubiegłego wieku. TIE Fighter w szczególności, zawsze pojawia się na listach najlepszych gier w historii, dość często będąc na pierwszym miejscu jeśli chodzi o produkcje ze świata wykreowanego przez Georga Lucasa i z gatunku symulatorów kosmicznych.

Wcielamy się w nich w pilota poszczególnych frakcji Galaktycznej Wojny – Rebelii i Imperium. Było to spełnienie marzeń każdego fana. Tytuły te dawały dużo frajdy, dodatkowym atutem był poziom trudności. Tygodniami przechodziłem niektóre misje, momentami mając ochotę rzucić joystick w cholerę i zająć się czymś innym. Moje, małe wtedy, palce miałby problem z ogarnięciem przesyłania energii do poszczególnych systemów, zmiany prędkości, pozycji tarczy etc. Jak to symulatory mają w zwyczaju, sterowanie obejmowało całą klawiaturę. Granie we wszystkie tytuły zajęło mi kilka lat, nabierając doświadczenia jako gracz, szło mi w nich coraz lepiej. Do dziś często wracam do ulubionych misji.

W pewnym momencie symulatory kosmiczne poszły w zapomnienie. Lata mijały, grafika robiła się coraz lepsza i, okazjonalnie miał premierę jakiś tytuł, który pozwalał na udanie w otchłań kosmosu. LucasArts, czyli odnoga Lucasfilm zajmująca się grami komputerowymi, uparła się na robienie gier bardziej zręcznościowych (jeśli chodzi o Gwiezdne Wojny), a, po zamknięciu przez Disney-a w 2013 roku, gracze na zawsze porzucili marzenia o X-Wingach, Tie Interceptorach i przelatywaniu pod Niszczycielem Gwiezdnym.

Aż tu nagle Dice wydał ”Star Wars: Battlefront” w 2016 roku i kontynuację w 2018. Nie będę tu wracał do błędów tych produkcji i chciwej polityki EA, wspomnę o dwóch najlepszych elementach. W pierwszym mogliśmy zagrać jedną misję jako pilot Rebelii, na dodatek w VR-rze, a w Battlefroncie 2 był tryb Natarcie Myśliwców czyli zręcznościowe zmagania pilotów. Wszędzie można było usłyszeć głosy ”Zróbcie X-Winga!”. I doszło do niemożliwego. EA, najbardziej znienawidzona przez graczy firma, posłuchała. Na dodatek trzymała z dala swoje łase na pieniądze paluchy.

Przez fanów dla fanów

Star Wars Squadrons to produkt stworzony z miłością. Zarówno do uniwersum jak i wspomnianej wcześniej serii. Widać to w każdym elemencie produkcji. Pierwsze co zauważamy to kokpity, które specjalnie są zaprojektowane i oteksturowane, aby wyglądały jak wyjęte prosto z planu Nowej Nadziei. Twórcy ze studia EA Motive od razu przyznali, że X-Wing był ich główną inspiracją. Postanowili jednak wziąć trochę z Battlefronta 2 i stworzyli mieszankę wybuchową. Z klasyka dostaliśmy systemy zarządzania energią statku, a system lotu to mariaż elementów zręcznościowych i symulacyjnych. Dzięki temu tytuł nie ma wysokiego progu wejścia, ale też pozwala na bardziej zaawansowaną rozgrywkę i manewry.

Do dyspozycji mamy cztery statki na stronę -myśliwca, bombowca, myśliwca przechwytującego i wsparcie. Ten sam wybór klas nie oznacza, są one równe sobie. Wszystkie statki Rebelii mają tarcze, Imperialiści dostają tylko jeden o takich możliwościach. Myśliwce typu TIE nadrabiają za to prędkością i zwrotnością. Trochę obawiałem się takiego stanu rzeczy w trybie sieciowym (do niego przejdę później), jest to jednak nieźle zbalansowane. Ani razu nie czułem frustracji z tego powodu.

Do każdego odblokujemy nowe wyposażenie, które w znaczny sposób wpłynie na statystyki albo da nam nowe możliwości w walce. Rakiety niekierowane, torpedy jonowe działające jak puls elektromagnetyczny, cięższe lasery, różne silniki itp. Jest tego więcej niż się spodziewałem. Pozwala to na naprawdę zróżnicowane taktyki, zgrany zespół może zdominować przeciwnika uzupełniającymi się umiejętnościami.

Warto wspomnieć o sterowaniu. Tytuł oferuje latanie za pomocą myszki i klawiatury, pada czy systemu HOTAS (hands on throttle and stick) czyli joystick i przepustnica. Łatwo się domyślić czym lata się najlepiej. Muszę jednak przyznać, że kombinacja mysz+klawiatura robi tu robotę. Z racji tego, że zazwyczaj latam za pomocą co najmniej pada to trochę mi zajęło przyzwyczajenie się ale da się grać komfortowo i zestrzeliwać innych. Nie rekomendowałbym jednak takiego grania z innymi graczami od razu po zakupie gry. W tej samej bitwie są osoby grające na myszce, padzie i joysticku, bez treningu w kampanii i trybie kooperacyjnym można się do tytułu zrazić.

SW

TIE Reaper, jedyny statek Imperium posiadający tarcze. Powolny ale potrzebny na polu bitwy.

Słaba kampania, wymagający ale sprawiedliwy tryb sieciowy 

Jak na razie piszę o tytule w samych superlatywach. Rozgrywka pochłonęła mnie od samego początku. Nie mogę tego samego powiedzieć o kampanii dla jednego gracza.

Po rewelacyjnym filmiku ”Ścigany”, o którym wspominam tutaj, spodziewałem się kampanii, która pozwoli spojrzeć na obydwie strony konfliktu z trochę innej strony. Same misje są bardzo fajne, momentami bardzo emocjonujące, ale to co dzieje się pomiędzy nimi już nie.

Po świetnym prologu, dziejącym się w połowie ”Nowej nadziei”, skaczemy kilka lat wprzód. Druga Gwiazda Śmierci została zniszczona, Imperator Palpatine nie żyje a Rebelia stała się Nową Republiką. Teraz to wojska imperialne są w rozsypce i na przegranej pozycji. Taki stan rzeczy dawał możliwość ciekawych zwrotów fabularnych. Teraz Rebelianci mogli być antagonistami, a żołnierze Imperium interesującymi trybikami w maszynie radzącymi sobie ze zmianą status quo. Potencjał został jednak zmarnowany. Postaci są w większości jednowymiarowe i przez cały czas miałem wrażenie jakbym walczył podczas konfliktu ze Starej Trylogii. Misje Nowej Republiki dalej wydawały mi się akcjami partyzanckimi a Imperialiści siali strach po staremu. Najbardziej boli mnie fakt ogromnego spłycenia pilotów TIE. Poza dowodzącym Greyem, który czasem powie coś głębszego, każdy ze skrzydłowych walczy bo lubi strzelać do ”rebelianckich ścierw”. Nuda jak flaki z olejem. Druga strona nie lepsza, dialogi są co prawda ciekawsze, ale niewiele. Za dużo żartów i swobodnych rozmów, przydałoby się trochę powagi.

…moment, w którym lądujemy w kokpicie jest piorunujący, ja sam dalej jestem pod wrażeniem po wielu godzinach spędzonych z grą.

Główny wątek jest bardzo średni, jedynym fajnym elementem jest odwrócenie starego motywu z projektem superbroni. Tym razem Nowa Republika coś kombinuje, a Imperium planuje atak z ukrycia. Jest to ponownie niewykorzystany potencjał.  Nie zrozum mnie źle, pomimo tego polecam zagrać w kampanię. Jeśli chodzi o samą akcję to większość misji jest warta ogrania. Na dodatek to dobry tutorial przed rozgrywkami sieciowymi. Na ”spokojnie” polatamy każdym statkiem i, przez konstrukcje poziomów, poznamy ich mocne i słabe strony.

Po skończeniu prologu w każdej chwili możemy przejść do trybu online. Do dyspozycji mamy dwa typy rozgrywki – potyczkę (dogfight) i bitwy flot, główne danie ”Star Wars Squadrons’. Pierwszy to zwykła walka pięciu na pięciu, drugi jest znacznie bardziej rozbudowany. I w tym drugim gra lśni. Trwa on mniej więcej pół godziny, czasem krócej jak któraś drużyna jest znacznie lepsza od drugiej. Naprzeciw siebie stają dwa statki flagowe. Naszym zadaniem będzie niszczenie mniejszych statków i krążowników przeciwnika aby przechylić szalę zwycięstwa na stronę naszej drużyny. W tym momencie flagowiec przeciwnika będzie wrażliwy na nasze ataki. Można to porównać do przeciągania liny. Ogromną rolę mają tu klasy statków – bombowiec rozprawi się z krążownikami, myśliwiec przechwytujący sieję zamęt a największe wspomagają resztę uzbrojeniem czy kamuflażem maskującym pozycję na sensorach przeciwnika. Gra ma tu ogromny potencjał, nie raz widziałem co potrafi bardzo dobry zespół, który się komunikuje i zawczasu przygotuje ulepszenia i uzbrojenie. Starcie dwóch takich teamów to najbardziej stresujące rozgrywki, nie zmienia to faktu, że i zwykły chaos potrafi sprawić frajdę. Wszystko zależy od tego jak odbierasz ten tytuł.

Pierwsze mecze online to chaos. Nagle jest znacznie trudniej niż podczas grania solo. Podczas bitew flot spotykamy myśliwce sterowane przez sztuczną inteligencję, są to łatwe zestrzelenia, które dają nam uczucie bycia asem. Kiedy przyjdzie pora na starcie z żywym pilotem, gra zmienia się w prawdziwy test umiejętności. Nie dość, że musimy dbać o własny ogon to musimy też myśleć o dysponowaniu energią. Bez tego nie zajdziemy daleko i grając cały czas na neutralnym będziemy na przegranej pozycji. W międzyczasie trzeba też celować do przeciwnika, uważać na asteroidy, stacje itp. Jest jednak pewien aspekt, które znacznie to ułatwia. I jest najlepszym sposobem na obcowanie z grą.

Najlepsza gra na gogle VR

Odpowiedź na pytanie dlaczego jest bardzo prosta. Przetestowałem grę na dwóch kolegach nie znających wcześniej VR. Obydwaj przyznali, że moment, w którym lądujemy w kokpicie jest piorunujący, ja sam dalej jestem pod wrażeniem po wielu godzinach spędzonych z grą. X-Wing jest ciasny i to czujesz. Wszystkiemu w kokpicie można się przyjrzeć z bliska. Widzimy ciało pilota, a przy używaniu umiejętności i systemów statku ręce naciskające przyciski. Poziom imersji jest poza skalą, zwłaszcza jak do dyspozycji mamy joystick. Dodatkowo mamy pewne ułatwienie w starciach z innymi. Możemy dowoli obracać głową. Możemy wtedy znacznie łatwiej śledzić cel i to co dzieje się dookoła nas. Polecam włączyć imersyjny interfejs, musimy wtedy polegać na własnych oczach i systemach statku. Jest ciężko ale satysfakcja ogromna.

Co dalej?

Jako fan grą jestem zachwycony. Jako gracz nie do końca. Gra ma tylko dwa tryby, nie za dużo map. Rozgrywka jest rewelacyjna, ale może się casualowemu graczowi szybko znudzić, zwłaszcza jeśli gra bez znajomych. EA i studio Motive od razu dali do wiadomości, że to tytuł niszowy. Kosztuje mniej, czyli 169 złotych i jest zrobiony w starym stylu. Oznacza to, że twórcy nie planują na razie nowych map czy innych dodatków. Tytuł jest skończony. Z jednej strony to powiew świeżości w dobie gier live service, gdzie na premierę dostajemy tytuły niekompletne i dopiero po roku można zacząć cieszyć się grą. Z drugiej nie mogę pozbyć się wrażenia, że w tym wypadku chciałbym aby tego klasycznego podejścia tu nie było. Dziwne, bo pisałem w mojej recenzji ”Marvel Avengers” jak dość mam tego typu gier. Naprawdę chciałbym aby ta gra żyła dalej i się rozwijała. Ma ogromny potencjał, unikatowy tryb rozgrywki sieciowej i daje dużo satysfakcji z poprawiania własnych umiejętności. Nie jest jednak tytułem, który poleciłbym każdemu. Fana Gwiezdnych Wojen nie trzeba przekonywać, na pewno prędzej czy później sprawdzi. Jeśli to uniwersum jest ci obojętne, ale szukasz czegoś nowego aby pograć ze znajomymi to bierz śmiało. Miej tylko na uwadze, że nie jest to tytuł zręcznościowy. Wymaga trochę pomyślunku, umiejętności i cierpliwości. Zwłaszcza jeśli nie miałeś wcześniej styczności z grami o lataniu.

Chciałbym bardzo podziękować Motive za ten tytuł. Dostałem X-Winga i TIE Fightera na miarę naszych czasów, który ma miejsce obok tamtych w moim serduchu. Pomimo rozczarowania kampanią, śmiało mogę przyznać, że to jedna z najlepszych gwiezdnowojennych gier jakie powstały. Robotę robi świetny gameplay, dopracowanie wszystkich elementów i ogromny szacunek do materiałów źródłowych.

Na koniec chciałbym powiedzieć EA jedno – nie wierzę, że to mówię, ale brawo!!!

This is the way!

Szymon Czaja
Gracz od czasów Amigi 500 i Desert Strike. Pasjonat Gwiezdnych Wojen i wszystkiego co science fiction - od kampowego pulpu w stylu ''Morderczych pomidorów z Marsa'' do hard science fiction. Nie pogardzi też dobrym i mrocznym fantasy. Warhammer 40000 to, według niego, najlepszy world building w historii gier. Nie lubi używać liczb ani gwiazdek do oceniania rzeczy. Wyznawca mantry ''for gamers by gamers'', nie napisze recenzji, póki nie skończy gry i powie wprost, jak mu się coś nie podoba. Dalej czeka na ekranizację Thorgala i Szninkla i porządną wersję legend arturiańskich, żeby chociaż na chwilę mógł zapomnieć o Excaliburze, którego widział setki razy.

    Mogą Ci się spodobać

    Więcej w kategorii Recenzja